Sunday, October 12, 2008

Rumunia, odsłona 6.


Braşov:
Na dworcu zostałyśmy wyłapane przez wędkarzy, po udanych negocjacjach cenowych pani w czapce zaprowadziła nas do hostelu. Wcześniej dopilnowała, aby kupić bilety autobusowe i je skasować. Parokrotnie upewniała się czy jej polecenie zostało wykonane. Hostel wypada bardzo oryginalnie na tle naszej mapy noclegowej. Zjawiskowa była temperatura panująca wewnątrz, bardzo zbliżona do tej na zewnątrz. Pani w czapeczce, zapytana czy aby będzie cieplej, odparła iż bardzo jej przykro, ale hostel w grzejniki wyposażony nie został. Przykro nam się nieco zrobiło. Dobrze, że na łóżkach zastałyśmy grube koce, w połączeniu ze śpiworami, swetrami i grubymi skarpetkami dały efekt ciepłoczucia. Ja w ciągu nocy doszłam aż do takiego stadium nagrzania, że ściągłam rękawiczki.

21 września:
Rano wstałyśmy w okolicach 8-9, zobaczyłyśmy ładny Braşov, ja porobiłam kilka typowych zdjęć z serii ryneczek i kościółek. Po południu zaliczyłyśmy gorącą czokoladę (6,50) i łondę w exclusifie. Zmyliła nas cena ciorby (5 lei), po nieśmiałym wejściu do restauracji było już za późno na jakąkolwiek reakcję – dopadł nas pan kelner, w dodatkowej funkcji wskazującego siedzenia. Później było już tylko gorzej. Ja jako zamawiająca byłam zmuszona powiedzieć x3 ciorba i nic więcej – ani kawusia, ani ciasteczko ani nawet herbatka! Zuza natomiast prawie wysikała się w szatni, a Magda zagryzała suchą bułę. Dałyśmy 40 bani napiwku, ale tylko temu, bo chyba głupio byłoby zapłacić bilonem (razem 16,60 bo 1,60 policzyli sobie za bułki). Jednym słowem łonda, czyli siara na całego.

W Braşovie miałyśmy styczność ze społecznością z kategorii „miła, skłonna do socjalizacji”, w której skład weszli dwaj panowie z pieskiem (okołomenelowaci), pragnący fotografii wykonanej smenami – a że akurat dopadł mnie ten magiczny moment, w którym klisza obwieszcza swój koniec, zasugerowałyśmy panom poczekanie. Wykonali to z chęcią i cierpliwością nieograniczoną. Również babuszka z okienka, eksponująca w rzeczonym okienku żelazko, okazała się przesympatyczna i na życzenie wykonane gestykulacją przemieściła się w obrębie swego mieszkania, by wychynąć przez inne okienko (zdatne do wychywania) i przesłać nam całuski, po tym jak wpadła jej do mieszkania kukułka puszczona na tę trajektorię dzięki kończynie Furmanovej. (A, panowie też po kukułce – nawet usiłowali ją odczytać!).
W spożywczoku braszowskim ekspedientka, zdiagnozowawszy postać moją i Furmanovej, postanowiła partycypować w łondzie i wskazała nam ni z tego ni z owego najtańsze ciastka na półce – wafelki, cytuję: „czip end gud”. Następnie podjęła akcję odciążania naszej sakwy od pięciobaniowych dziadów i innych blaszaków.
W ciopągu relacji Braşov-Sighişoara znalazłyśmy się w składzie bezkiblowym. Ja, żądna wrażeń i opróżnienia pęcherza, udałam się do innego składu na zasadzie wyskocz-wskocz do pociągu. Na nowym terytorium udało mi się znaleźć niezamykający się kibel. Oprócz tego - na dystansie trzech stacji zintegrowano mnie ze społecznością romską (nieco szemraną) do tego stopnia, że ni z tego ni z owego wręczono mi czapkę zimową i pozwolono sobie zrobić kilka zdjęć, które to prawdopodobnie okażą się niewypałem z racji smeny posiadania. To wszystko, oddaję głos do studia.

Zajeżdżamy do Sighişoary, wspomnianym już wyżej pociągiem ze znaczną przewagą Romów. A, należy jeszcze wspomnieć o dzieciach romskich, które bardzo chciały foto i po zrobieniu owego przez dwie Magdy, chciały je bardzo obejrzeć, ale niestety przekonały się, że to nie cyfrówki:) Ale za to dostały po kukułce, po czym zaśpiewały nam kilka pieśni folkowych w stylu rumuńskiego „od przedszkola do Opola” i gromadnie opuściły pociąg. W Sighişoarze znajdujemy hotel (zaraz naprzeciwko dworca) o elektryzującej nazwie Chic i standardzie 4 gwiazdki, typ 2+2, co oznacza że tu grzeją:). W pokoju robimy mały remoncik (zsuwamy 2 łóżka w łoże małżeńskie). Przechadzamy się po Sighişoarze nocą i spotykają nas 2 przygody:
- dziadek straszy Magdę N. pod domem Draculi (uaaa.. Dracula…)
- polski fotograf (robiący zdjęcia do Bezdroży), o którym nie wiedziałyśmy wcale, że jest polski (ale nie zdążyłyśmy palnąć nic głupiego)
A, i jeszcze znalazłyśmy domek z okładki Bezdroży:) i wilczycę kapitolińską z synami:) Potem wypad do alimentary 24h. Standardowo kupujemy biały ser, paprykę itd., a ja z Magdą N. zdecydowałyśmy się na czekoladę o zachęcającej nazwie BERTA JUNIOR (1,30 lei), karamel i alba. Początkowo nic nie zapowiadało dramatu. Po kolacji zdecydowałyśmy się na uroczyste i długo wyczekiwane otwarcie. Po spróbowaniu (biała zdecydowanie „lepsza” od karamelu) jednego kafelka zaczęłyśmy się z Magdą hojnie obdarowywać pozostałą całością;) No ale mamy czas, żeby je skonsumować do 15 lutego, to może zdążymy.

Polecamy tenże przysmak regionalny! Sprawdza się również jako wybudzacz z letargu, czyli amoniak pooperacyjny. Wystarczy jedna kosteczka, najlepiej biała.

22 września:
Budzimy się w hotelu typu 2+2 gwiazdki. Poranna walka z sąsiadami (o dostęp do łazienki), z samym sobą i własnymi słabościami. Wychodzimy na miasto, wieczorem widziałyśmy już co nieco, teraz odwiedzamy te same miejsca, ale w wersji z kolorem. Miasteczko wydaje się ładne – kamieniczki, podwórza itd., czyli to co lubimy. Niestety, Dracule wysysające krew z szyi gołych bab w wersji kubkowej psują ogólne wju. Kiczyk wychywający zza winkla to tu, to tam, nieco nas denerwuje. Dodatkowo, dość szybko stwierdzamy, iż już nie ma co robić. Postanawiamy się desantować czem prędzej w stronę Sybina. Jednak wcześniej zaliczamy naleśniki z zamulająco słodkim dżemem, a ja indywidualnie odwiedzam jakiś kibel restauracyjny – niestety nie znalazłam włącznika, więc musiałam sobie radzić po ciemku. Nagle drzwi się otwierają, ja myślę, że to dziewczyny robią mi kawał (wcześniej wydawały z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki), aklamuję „eeej!”. Otwierającym drzwi okazała się niewinna pani, niczego nieświadoma. Możliwe, że wystraszyła się bardziej niż ja sama.
Ciopąg do Sybina miał być z przesiadką w Mediaşu. Szkoda, że nastąpiło pewne małe opóźnienie w Sighişoarze, dzięki czemu nie zdążyłyśmy na przesiadkę. Wszystko ma jednak swoją dobrą stronę – tym razem gratisowo zwiedziłyśmy Mediaş – dość klawe, lecz trochę za bardzo zniemczone miasto. Na rynku jedna z nas – pragnąca teraz zachować anonimowość – była zmuszona do wykonania 20-tu karnych pajacyków (kara za śpiewanie utworu z repertuaru grupy Ich Troje, a dokładnie ornitologicznej pieśni o sępie). W Mediaşu bezskutecznie szukałam też ciemni – ciemnego miejsca. Magda N. wygrzebała na tę okazję specjalistyczne niemieckojęzyczne słownictwo.


SEKCJA WIZUALNA:
[oczywiście w celu zobaczenia piękna transylwańskich pereł, odsyłamy do ęternetu, czyli google images]

Braşov. Fickowe wariacje na temat holiłudzkiego napisu:


Miła babuszka, kochająca zwierzęta domowe:


Ktoś tu zmienił wyznanie, z krowizmu:


Wariacje podwórkowe:


Cierpliwi i pies:


Ulica zazwyczaj posiada nazwę:


Dziecię zaabsorbowane gołąbkami:



Babuszka, która ma żelazko:


Śpiewające dzieci:


Sighişoara, porządki:


Mi się podoba, bo z tyłu są jakieś takie kreseczki:


Na motór:


Lansujemy się:


Bo pociąg do Sybina się spóźniał:


Copsa Mica, dojrzana przez nas z okna pociągu, fenomenalne miejsce!



[cdn]

No comments: