Wednesday, May 27, 2009

5.

KLAWO obchodzi piąte urodziny.
Bądź człowiekiem, złóż życzenia.
My składamy.

chorwacja, część 3 [ost.].

23 kwietnia.
Rano wstałyśmy o dość konkretnej porze, mam na myśli raczej godzinę wczesną niż późną. Po raz następny nie udało nam się skompletować >1 składników. Musiałyśmy się zadowolić samym pomidorem (maslaka nie było), pićański ser zaginął w tajemniczy sposób (później odnalazłam go na dnie plecaka). Około 9.00 miałyśmy autobus do Poreča. Pan Domu przyszedł nam nawet pomachać, gdy już sobie w nim siedziałyśmy. Warto dodać, że tym razem nie dałyśmy się wciągnąć w opłaty za włożenie plecaków do bagażnika, wzięłyśmy je do środka autokaru i bezczelnie zajęłyśmy ekskluzywne miejsca dla byznesmenów.
Poreč przywitał nas średnio klawą pogodą, ale kiša była jeszcze przed nami. Plan pt. "znajdźmy spanie do 12.00" udało nam się wypełnić bez problemu. Idąc sobie ulicą usłyszałyśmy zawołanie typu "cho no dziewczęta". Zareagowałyśmy. Okazało się, że panowie proponują nam (nie)atrakcyjne spanie za atrakcyjną cenę. Oczywiście nastąpiła gadka na tematy naszych korzeni i ojczyzn lokalnych. Na wieść o tym, że Magda jest ze Szczecina pan postawił nam po kawie i zaczął entuzjastycznie wykrzykiwać swoje myśli,
opowiadając jak to transportował dżipem do Szczecina familiję i ich kaput auto. Inny pan siwy i na czarno farbowany poszedł w tym czasie wywietrzyć naszą sypialnię, żeby nie śmierdziało kupą. Następnie nas tam ulokowano, a po drodze na półpiętrze zapoznano z łazienką, z której ostatecznie zdecydowałyśmy się korzystać w okrojonym zakresie, z powodu fresków naściennych i podłogowych wykonanych z hovna. Nieobecność papieru zmusiła nas do wykorzystania własnych zapasów niemal w całości. Papier był, nie widziałaś? Mimo wszystko wolałam własny... Hmmm, widocznie skupiałam wzrok na freskach, coby nie naruszyć ich wątłej konstrukcji.
Pokój należał do interesujących, udawałyśmy, że nie ma na łóżku czarnego włosia ludzkiego, w zamian absorbując się kasą IBM, składem pocztówek, dziecięcym łóżkiem z kocem elektrycznym, odbiornikiem TV, który niczego nie odbierał, lustrem od Ludwika XVI ze schowkiem na papier toaletowy oraz domestosem. Ale zanim zrobiłyśmy pełny użytek z w.w. przedmiotów, podjęłyśmy około 3 próby rekonesansu na mieście, z których każda kończyła się (a niekiedy też zaczynała) kiszą. Ponieważ to właśnie ten dzień miał być terminem realizacji planu "Małgorzata i Marian karmią", udałyśmy się do restauracji Sarajevo, aby zaznać luksusu na słonecznym (u pičku materinu!) wybrzeżu Chorwacji. Zamówiłyśmy zupkę, sałatkę chorwacką i małże w sosie - oj, smakowało! Nie tylko nam zresztą (że pozwolę sobie zacytować: ooo muszeln, ja jaa gute muszeln!). Nie obyło się bez okazania braków w sawłarwiwrze. Przedmiot zinterpretowany jako sok z cytryny okazał się chusteczką higieniczną, na magdalenowych kolanach zabrakło natomiast serwety żółtej - gdyby coś z buźki się uroniło.
Po skończonej konsumpcji przyniesiono nam gratisowy likier, podobno domaće. Ucieszyłyśmy się (po raz pierwszy), gdy przyszło do płacenia - rachunek przyniósł sam pan właściciel, odmówił przyjęcia napiwku, a samą opłatę obniżył o 20 kun! Powiedział, że to zniżka dla studentów. Raczej niebywałe. Pan umiał gadać po czesku i zapewne posiadał tygielek do kawy typu tureckiego, niestety zapomniałyśmy się o niego zapytać. Po udanych przygodach konsumpcyjnych udałyśmy się na przechadzkę, aura zmusiła nas niestety do rychłego powrotu w bramy pokoju naszego ekskluzywnego. Jedyne co mogłyśmy uczynić to sprawdzić jaki odgłos wydaje klepane podbrzusze w majtkach i bez majtek. Akt ten miał miejsce w śpiworach, ponieważ nie pozostało nam nic innego jak iść się położyć i w takiej pozycji doczekać ładniejszej pogody (niektórzy nawet usnęli). Ponadto poruszyłyśmy ważką kwestię którędy wyjdzie dziecko i czy w ogóle jest taka opcja:p
Ok. 16.00 wstałyśmy, stwierdziłyśmy, że nie robimy łondy i poszłyśmy na spacer. Wyjście nie trwało specjalnie długo, ale zdążyłyśmy sobie kupić Ožujsko (a mnie się zdaje, że to było Laško) w plastiku na wieczór. Przegonione deszczem w ramach rozrywki chciałyśmy jeszcze uiścić opłaty za pokój. Pan w czarnych włosach powiedział, że skoro spałyśmy przez dzień to mamy zapłacić 10 euro, a za noc należy mu się następne tyle. Powiedziałyśmy mu co o tym myślimy i poszłyśmy do pokoju. Na wszelki wypadek pozbierałyśmy śpiwory, że niby to nie spałyśmy:P
Wieczorem nie pozostało nam już nic do roboty. Wypiłyśmy to co miałyśmy wypić i przypomniało nam się, że jeszcze nie włączyłyśmy kasy fiskalnej. Czem prędzej to uczyniłam. Okazało się, że niestety nie możemy sobie zamówić čaju, ale po naciśnięciu na knefel trójkątny maszyna wypluwa rachunek, wydając przy tym ciekawe odgłosy. Aria paragonowa została zarejestrowana na mp3.

24 kwietnia.
Rano już o ósmej nie wytrzymałam, zbudziłam Fica i zarządziłam natychmiastową ewakuację, co też zostało wykonane w stanie nieumycia i niewypełnienia czajem, z racji braku możliwości spełnienia takich zachcianek. Na dole w barze był tylko nasz czarnowłosy faworyt-wyłudzacz, który przyjął z uśmiechem po 10 euro od głowy. Widocznie dokonał przez noc jakichś głębszych refleksji czy coś. Pogalopowałyśmy na dworzec, żeby dowiedzieć się, że mamy za 90 minut autobus pożądany. O tym autobusie pogadałyśmy sobie z panią z okienka aż w 4 podejściach:P Mimo to sprawiała wrażenie opanowanej. Należy jeszcze napomknąć, że podczas spaceru po Poreču nasze oczy zakłuł napis "apartments from 8 euro", skutkiem czego zaczęłyśmy usilnie poszukiwać straconych 2 euro i odnalazłyśmy je w fundniętej przez pana kawie (1,5 E powiedzmy) oraz 50 centów w zachowanych w organizmie kaloriach, które nie uległy spaleniu w wyniku b. szybkiego znalezienia noclegu.
Po raz kolejny nie dałyśmy się wrobić w dodatkowe opłaty za bagaż w luku. Pan kierowca trochę się skrzywił i skomentował to w jakiś sposób, niestety bariera językowa uniemożliwiła nam zrozumienie. Z autobusu Magda napisała sms do Tihany (aninej kamaradki), że będziemy w Rijece ok. 13.00, odpisała że mamy na nią poczekać do 20.00. Powtórzył się marazm budapeszteński:P z tym, że plecaki cały czas były na naszych plecach, a nie w przechowalni. Najpierw poszłyśmy na kawę, cena okazała się bardzo nieproporcjonalna do jej wielkości. Następnie nasz clubbing kontynuowałyśmy w spelunce, gdzie miłość życia znalazła Magdę, niestety bez jej wzajemności. Tak czy inaczej na Krk już nie pojedziemy. Ponadto podziwiałyśmy w bułgarskim kibelku efekty nietrafienia babci:P
Następnie dokonywałyśmy obliczeń finansowych i wszystko było okej, dopóki Katerina nie napisała nam, że jednak nie jedzie do Zagrzebia (to miał być darmowy transport:P). Wymieniłyśmy jeszcze kilka euro, kupiłyśmy kruh i postanowiłyśmy się, że tak powiem, wpierdolić na stołówkę studencką (poprosiłyśmy jedną dziewczynę o pożyczenie karty, żeby mieć zniżkę - popust za studenty). I tak zleciało do 20...

CHWILA POWAGI [bez żartów]: w miejscu zbornym magdalenowo-tihanowym (pod mieszkaniem Any) lekarze się pojawili, ponieważ przywieźli babcię i wnieśli ją na krześle do domu - Magda widziała tylko nogę, a ja całą babcię. (po przeczytaniu wybuchłam śmiechem).
Machająca Tihana nadeszła i okazało się, że nieświadomie zaszła dość sroga łonda, albowiem Ana jakoś niezbyt precyzyjnie Tihanę poinformowała KIEDY i CZY wpierdolimy się jej na chatę. Wyszło na to, że przerwałyśmy tihanową bytność w rodzinnej wiosce, do której w czwartek pojechała, a w piątek już musiała wracać w celu magdalen ugoszczenia:] Stwierdziłyśmy, że dwie krówki nie oczyszczą nas z grzechu, więc postawiłyśmy na stoliku wino - Tihana jednak jest osobą bezalkoholową. Żeby tego było mało, Tihana zrobiła naleśniki i trochę ją z nich obżarłyśmy (choć podobno "no problem"), na szczęście przed przyjściem kupiłyśmy dżem (wg pierwszej zasady łondziarza) i dobrodusznie ofiarowałyśmy go jako nasze wiano.
Tihana, studentka teologii, chciała nam zaprezentować swoją kolekcję przebojów (jak się okazało polskich) - posiadała płytę z zapisem koncertu Rubika - uświadomiłyśmy ją, co to znaczy...


25 kwietnia.
Rano zostałam zbudzona przez Magdalenę, że to już niby 10.00. Umyło się, ubrało i zjadło (specjalnie mało, bo planowałyśmy następną wyprawę do INDEX'u - stołówki studenckiej).
Opuściwszy ostatnie gniazdo, udałyśmy się w kierunku dworcowo-stołówkowym, chociaż nie wiedziałyśmy, gdzie taki kierunek się znajduje. Nie szkodzi - jak to zwykle bywa w takich sytuacjach pojawił się opiekun dla nas (sam się oferując), który może i nawet z Miami pochodził. Zaprowadził nas gdzie trza i zawitałyśmy do Indexu zrobić łondę drugi dzień z rzędu. Łonda tym większa, że się okazało, że studenci mają na swoich kartach specjalne punkty stołówkowe na miesiąc każdy, a my już trzeci raz je komuś wyjadłyśmy. No cóż. Obiad musi być.
Pociąg przyjął nas do swego wnętrza, którego tym razem nie musimy opuszczać w międzyczasie. Dzięki temu swobodnie przyrządziłyśmy kanapki z maliną. Ponadto można się fajnie bawić w znikanie z przedziału podczas tkwienia w środku jakiejś góry. No proszę, w zasadzie doszłam do czasu bieżącego! W przedziale lekka rozpierducha i sytuŁacja, że serce klęka - analizujemy aktualnie dylemat dnia: czy Milan przyjdzie w Zagrzebiu na dworzec. Takie przyjście pociągnie za sobą konieczność kupienia oleju dla Ivana, aczkolwiek bardzo chciałybyśmy zobaczyć klawego Milana. Jeśli chodzi o olej, no cóż, nie chcemy by Ivana znowu spotkała taka bezręczna sytuacja, iż przyjeżdżają goście, chcą robić placki ziemniaczane, a tu brak kujawskiego. Zaznaczamy, iż jesteśmy wyposażone w zestaw 5 gumek do zmazywania ze zwierzątkami, firmy Milan. Honoru resztki w gumicach.
Milan jednak przyszedł, spotkaliśmy się pod Tomislavem i jego kuniem. Wręczyłyśmy gumki i zaproponowałyśmy wyprawę do spożywczoka (po olej). Magdzie chciało się także rarytasów. Zabrałyśmy olej z promocji, który okazał się (przy kasie) olejem niepromocyjnym, co doprowadziło do kolejnej łondy - zabrakło 2 kun. Milan okazał litość:] Zakupiony olej wzręczyłyśmy nieco zmieszanemu Milanowi, żeby przekazał go Ivanowi. Po kilku minutach Milan jednak odkrył bogate walory posiadania oleju słonecznikowego. Następnie usiedliśmy pod dupą konia i czekaliśmy na godzinę zero. Gdy zbierało się na rychłe jej nastąpienie postanowiliśmy przemieścić się na glavni kolodvor. Jako że trzeba było najeść się na zapas, zrobiłyśmy picnic country w poczekalni. Tym razem zagubiony został pomidor, nie odnalazł się niestety do tej pory... Autobus podstawił się punktualnie, także po pożegnaniach i próbach zaproszenia Milana do PL wsiadłyśmy do autobusu. Zajęłyśmy lanserskie miejsce w tyle. Niestety po kilku minutach dosiadła się do nas romantyczna parka, która przez całą drogę dostarczała nam wątpliwej jakości wrażeń akustycznych.

26 kwietnia.
Spałyśmy co nieco, nawet w pozycji na kulkę, z głową wbitą w ścianę. Nahle nas wysypano oznajmiając, że to co nas otacza to Brno. Rezydujemy na hlavni nadrażi, odliczając minuty do przyjazdu kibelka na kółkach:]



Oj, wygląda na to, że zostałam sama.
Postanowiłam tym razem przesiąść się raz a dobrze, czyli chyba niestety w Kędzierzynie-Koźlu. Coby nie zasnąć przez 2 h 45 min., zarządziłam sobie prochazkę po mieście. Zużyło się trochę kliszy, m.in. na walające się futro z młota. W przypływie lata szarpnęłam się na lody, z którymi przycupnęłam na schodku, by natychmiast zostać wypatrzoną przez cygankę (stojącą po drugiej stronie ulicy) jako materiał do wróżenia. Mimo intensywnej odmowy przyjęcia usługi dowiedziałam się, że jestem zawistna w miłości i nerwowa, ale będę miała w uczuciach szczęście, a ponadto samochód i zagraniczny wyjazd. Cyganka oświadczyła, że nic jej za tę fatygę płacić nie muszę, ale żebym z dobrego serca 2 złote dała. Musiałam jej 5 minut tłumaczyć, że nadmiaru gotówki nie posiadam. SytuŁacja usadowiła mnie w barze dworcowym, w którym zamówiłam zapiekankę i nie była ona z mikrofali, także klawo, c'nie? Można tu zamówić jeszcze takie rarytasy jak: ziemniaki z tłuszczem, ziemniaki z wody, gulasz z serc, gulasz z nerek, płucka w sosie kwaśnym lub bigos popularny. Dostałam nawet bez roszczenia pretensji wrzątek, szkoda tylko, że sobie przypomniałam, że nie domyłam kubka po rosole z kury:P dzięki czemu mam unikatowy czaj z oczkami.

Wsiadłam do Światowida. Trzykrotne pojawienie się Eugeniusza ustanowiło klamrę kompozycyjną. No to koniec.




SEKCJA WIZUALNA:

Poreczańskie zakazy:


Utarg:


Cząstka sesji wewnątrzpokojowej poreczańskiej.
Łóżko dziecięce dla bezdzietnych magdalen:


Owoce kiszy:


Nasz kompan teleodbiornik:


Kawki, herbatki?:


Ukryty przekaz:D


Teleodbiornik na bis:


Coraz bliżej zbawienia:p


Zabijanie godzin w spelunie w Rijece. Pisanie wspomnień:


Zabijanie godzin c.d., tym razem w pobliżu portu:


Pan, który myślał, że jesteśmy z Holandii i jego przechodzenie przez płot w dwóch aktach:




Panie z telewizji + kobiecość, razy dwa:








Babuszka dużo nam opowiadająca i zrozumienia braku nieświadoma:


Kontenery:


Złamanie kręgosłupa:


Wariacje klamerkowe (tak, po raz n):


Ruf miś an:


Istnieje przypuszczenie, że to Gloria (Tihanowa kamaradka) żonglująca:


Nazwijmy to spichlerzami:]


Ale fajna czcionka!


Milan ze Zvijezdą:


Thursday, May 14, 2009

Chorwacja, część 2.

20 kwietnia.
Rano budzik zadzwonił w okolicach 6.00, czyste szaleństwo. Ogarnięcie.hr było dość chaotyczne lecz zakończone sukcesem - wsiądnięciem do vlaku w stronę Rijeki. Na linii vlakowej Zagrzeb-Moravice zaobserowane zostały śruby w torach z głagolicy, a także ubój dwóch kur (toporek już szykował się do zasadniczego ciosu). W Moravicach został podniesiony alarm, że niby przesiadka. Poszłyśmy ślepo za tłumem, który doprowadził nas do autokarów. Zatrzymywaliśmy się w każdej pipidówce, a panowie konduktorzy wymieniali się kopertami. W autokarze spotkały nas nieprzyjemne doznania akustyczne z ust siedzącego za nami pana. Ciamkaniom, chrumkaniom i chrząkaniom nie było końca. Co jakiś czas pan wzywał Pana Najwyższego lub śmiał się, mimo że siedział raczej sam. Natomiast przed nami siedziała pani, która nie podzieliła się z Magdą kiełbasą. Dwie stacje przed Rijeką przesiedliśmy się znowu do vlaka. Atrakcją była jazda dość długim tunelem bez akompaniamentu świateł. Do Rijeki dotarłyśmy z pewnym spóźnieniem, czem prędzej kupiłyśmy kruh i maslac i zrobiłyśmy sobie bidne kanapki. Po konsumpcji udałyśmy się na poszukiwanie noclegu. Magdy tekst "so maybe one of your friends have a room to rent or something" podbił serca pierwszych napotkanych na drodze dziewczyn (Any i Kateriny) do tego stopnia, że poszłyśmy razem na kawę (marki Karlovac:P) oraz do mieszkania Any w celu rozlokowania się. Dzieuchy okazały się klawe i cały dzień następowała symboliczna zmiana piłkarskich koszulek. W celu przypieczętowania integracji PL-HR zrobiłyśmy komiks o nieszczęśliwych zapałkach, które walczą z barierą komunikacyjną. Najciekawszą postacią komiksu była jednak mgła, która zaczęła być głodna, a potem przestała.
Następnie udałyśmy się do baru studenckiego najeść się za 5 kun upewniając się, czy naprawdę jest jeftin. Deszcz umiejscowił nas w domostwie, gdzie chciałam pod wieczór dyskretnie zrobić w kuchni skromną kolacyję, jednak niestety zjawiły się anine współlokatorki i jedna mogła nacieszyć wzrok magdalenami zażywającymi chlebka z masełkiem. Dlatego pamiętaj: gdziekolwiek jesteś, zawsze miej ze sobą przynajmniej dżem.

21 kwietnia.
Chcąc nie wzbudzić kontrowersji rano, by uniknąć konsumpcji zestawu chleb z maslakiem, zdecydowałyśmy się na manewr maskujący: chleb + gorący kubek. Zestaw ten jednak przyciągnął uwagę Any i Kateriny i zrodził wiele pytań i reakcji stanowiących zaskoczenie (soup for breakfast?). W południe zostałyśmy załadowane do autobusu, którego kierowca pokazał kto tu jest panem. Obwieścił, że należy się extra 8 kun do biletu, na nasze pytanie ke? oznajmił: IN MAJ KAŁNTRY JU MAST PEJ! Po pytaniach pomocniczych się okazało, że to za chęć umieszczenia bagażu w luku bagażowym. Przed wsiadką jeszcze zaczepiła nas pani z ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem "jedna kuna, baby", ale usłyszała, że ne ma.
Autobus opuściłyśmy w Labinie, który szybko stworzył nam niewygodną sytuację. Okazało się, że mieszkańcy Labina nie znają znaczenia słowa "jeftin". Sporo ludzi zostało wciągniętych w poszukiwania taniego noclegu, niestety ich propozycje i sugestie nie mogły spotkać się z akceptacją naszego portfela. Na początku zaczął działać pan w białym sweterku i złotych akcentach na ręce i szyi. Innym charakterystycznym przewodnikiem był podlumpiony pan z komórką (którego to zresztą spotkałyśmy następnego dnia i powitałyśmy go słowami "dober den!"). Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz cięższa, istniały 2 wyjścia - albo śpimy w opuszczonej aptece albo w motelu za 300 kun za 2 osoby. Na szczęście pojawił się Marian, zapytany o noclegi wykonał telefon, podał cenę, która nas nie zadowoliła (ustaliłyśmy, że będziemy negocjować) i kazał poczekać jakieś 15 minut na właścicielkę. Okazało się, że mieszkanie które se wynajmiemy znajduje się dokładnie nad tym, w którym zamieszkuje sobie pan Ivan (w akcie desperacji pukałyśmy do niego, przerywając mu czynność golenia się). Wracając do naszego apartamentu - cena została obniżona z racji, że Niemcy w łazience wyrwali to i owo, a także że zaproponowałyśmy pani Mlađen, by nie dawała nam świeżej pościeli i nie myła podłogi. Odpowiedziałyśmy też poprawnie na pytanie konkursowe "kim jest Janica Kostelić". Nasza przyjaźń zacieśniła się w momencie, gdy okazało się, że mam urodziny dzień po jej córce.
Po akcji ogarnijsie.hr poszłyśmy zwiedzać Labin, spotkałyśmy Maryjana oraz przez przypadek dotarłyśmy do jamy szaleńca, która znajdowała się w opuszczonym kościele. Wariat prawdopodobnie miał zacięcie metalurgiczno-artystyczne, zrobił sobie całkiem interesujący blaszany płot z pralki.
Do apartamentu (:D) wróciłyśmy z makaronem i litrowym Ožujskiem w plastiku. Dokonałyśmy konsumpcji każdego z produktów (w pewnym odstępie czasowym między makaroem a piwem) i poszłyśmy spać. Miałyśmy tylko nadzieję na brak snów o tematyce pralkowo-szaleńczej. Aha, przed Ožujskiem protekcyjnie wcześniej się umyłyśmy w zepsutym prysznicu. Obie miałyśmy przygody, Magda potyczkę z robalem, którego bohatersko zabiłam, a ja z nieco zimną wodą. Zdołałyśmy wybrnąć z trudnej sytuacji - mogłyśmy więc przystąpić do upijania się przed telewizorem. Ožujsko niestety nie wyparowało ani nie wchłonęło się do organizmu, co znalazło wyraz w moim oddaniu moczu w 3 aktach (ostatni akt przeciągnął się do 15 minut).

22 kwietnia.
Nie słyszałam budzika o 7.00, ale usłyszałam trąbkę, która się okazała fickovym smarkaniem. Ogarnięciusię.hr również akompaniował teleodbiornik. Udałyśmy się pod Merkatora złapać stopa. Pierwszym litościwym okazał się Bośniak tirowiec. Bardzo dobrze nam się konwersowało po chorwacku lub bośniacku lub czymś w tym stylu, ponieważ od momentu pani Mlađen zaczęłyśmy rozumieć wszystkie języki. Prawie doszło do zapytania czy bośniakowy syn chciałby być naszym przewodnikiem po Bihaću (usta już były otwarte do wykonania zapytunku), jednak znienacka przyszedł moment wysiadki na rozjeździe. Pół minuty później miły pan z kitką podwiózł nas do Kršanu i zrobił rundkę po starym mieście (zwiedzałyśmy metodą quasi-niemiecką). Etap trwał 3 minuty, a zdążyłyśmy się dowiedzieć gdzie mieszka ksiądz, a gdzie Polka. Trzeciego pana twarzy nie pamiętam (Magda mówi, że gejowaty), był także z kategorii pozytywnych i udzielił nam złotej rady, byśmy chłopaków na Istrii sobie znalazły, bo tak tu ładnie. W międzyczasie zatrzymałyśmy auto z dwoma panami, którym nie po drodze było nas podwieźć, ale ucięta została kilkuminutowa pogawędka na szosie po tym, jak kraj naszego pochodzenia wzbudził okrzyki radości.
Do Pićanu musiałyśmy pokonać serpentynę 10% nachylenia w mieszance palącego słońca i sladoledowego wichru, ale warto było to zrobić dla śniadania nad malowniczą przepaścią nieopodal pana koszącego, który wolno robił postępy (wszystko przez te skałki!). Pićan raczej opustoszały (plemię germańskie tam nie dotarło - sprawdź sam!) i jasne, że ładny. Tacy panowie wkopywali wychodek do dołu i zafotografowawszy się, zablokowałyśmy im przejście. Jeden nieśmiało zagaił o to i owo, a gdy zapytał "Can I pass?", Magda gotowa była pokazać swój paszport:P Jeden dziadek autochton był bardzo niepocieszony, że robimy fotografię koło jego domostwa, jego żona zaś z uśmiechem przyjęła obiektywy skierowane na siebie, za co potem opiernicz od męża odebrała. Warto wiedzieć: u lokalnej Grażynki jest pyszna gouda.
Serpentynę w dół pomogła nam w połowie pokonać różowa nauczycielka pićańskiej szkoły - klawa babka. Na szosie głównej kolejną osobą użyczającą nam 4 kół okazał się właściciel białego lexusa, któremu aż do Gračišće monitorowałyśmy zużycie energii w samochodzie. Magda mówi, że się go bała, ja siedziałam z tyłu to nie zauważyłam, że należy wykazać taką reakcję. W Gračišće pięknie było również (jak u poprzedniczki), choć krajobraz został wyposażony w autobus z przedstawicielami pewnego 80-milionowego kraju europejskiego, którzy akurat zostali poddani popasowi lub jak kto woli - wypasowi.
We wiosce do baru przydrożnego zaszłyśmy, by - jak się okazało - samemu sobie zrobić za barem czekoladę na gorąco, ponieważ pani kelnerkobarmanka pracowała dopiero trzeci dzień i zadeklarowała nieumiejętność sporządzenia zamówionego przez nas napoju. Pani była bardzo miła, sytuacja wzbudziła magdalenową radość, lecz niestety zamiast happy endu spotkała nas łonda: musiałyśmy uiścić jeszcze większą opłatę niż istniejąca w menu (extra 4 kuny za šlag). Przywilej asystowania w czynnościach barmańskich kosztuje. Na drodze dalszej sfotografowałyśmy łowce, które miały pastwisko wyposażone w wannę, a także winorośla. Wobec nagłego nadjeżdżania autobusu z tymi, co się wcześniej wypaśli, przybrałyśmy szybko pozę godną pozazdroszczenia na trawce i pomachałyśmy. Następnie do auta przygarnął nas łysawy i małomówny pan, który zawiózł nas do Pazinu. Godzina była młoda - około 4h zostało do zawitania u progu couchsurfingowej Jany.
Czas straciłyśmy po części siedząc w drewnianej kolejce dla pazińskiej latorośli (młodszej i starszej, często zakochanej o czym świadczyły liczne wyznania i love napisane tu i ówdzie), piłyśmy herbatę z termosu i czytałyśmy bezdroża. Ja co jakiś czas przesiadałam się to ze słońca do cienia, a to z cienia do słońca. Po mniej więcej godzinie stwierdziłyśmy, że już wystarczy tego kolejkowania się postanowiłyśmy się przemieścić. W trakcie "zbierania się" podsłyszałam rozmowę babci i wnuczki. Dziewczynka twierdziła, że "ten chłopak się ciągle na nią patrzy" (z czego zadowolona nie była). Babcia natomiast przekonywała ją o płci żeńskiej owego chłopaka. Szkoda, że mowa była o mnie.
Poszłyśmy się poprzechadzać tu i tam, percepcja niestety była utrudniona z racji plecaków, które z czasem magicznie stały się cięższe niż rano. Przeszłyśmy się po starym mieście (niektóre domki dość klawe), zobaczyłyśmy zamek i plakat głagolicki. Były plany zejścia 100 metrów w dół w celu odwiedzenia jaskinii, ale Magda była trochę przeciwna temu pomysłowi i zaproponowała opcję piwną, która mnie przekonała. Znalazłyśmy spelunkę z zegarem ozdobionym ptakami, które ćwierkały co godzinę. W ubikacji czekała nas niespodzianka - kibelek typu bułgarskiego. Po piwie posnułyśmy się jeszcze tu i tam i kupiłyśmy zapasy śniadaniowo-kolacyjne. Do 20.00 zostało jeszcze z pół godziny, także usiadłyśmy sobie na schodkach i z zegarkiem w ręku poczekałyśmy około 15 minut, coby nie być bardzo przed czasem:]
Dom i ludzie w nim zamieszkujący okazali się klawi. Na ścianach było sporo fajnych fotografii. (Pozdrowienia i podziękowania dla Jany, Tonego i ich dzieci). Przed kolacją poszłyśmy jeszcze na spacer, który skończył się krótkotrwałym świętowaniem jakiegoś nowonarodzonego na "V". Ojciec (kolega Tonego) postawił nam lokalny wytwór - oranżadę - Pašaretę. Potem [słowo nieczytelne] się zmęczeniem i poszłyśmy zjeść kolację. Potem zaspokoiłyśmy się internetowo i poszłyśmy spać.


SEKCJA WIZUALNA:

Ana nam zaparzyła:


tak jak lubimy, po bośniacku, z džezvy:


Ciekawe stanowisko pracy - zmieniacz świateł:


Fragment Any:


Straszono nas zakwasami, jednak obyło się bez takowych:


Kot i egzotyka:


Z cyklu upiększaczy panoramy:


Ana zmuszona do symulowania zainteresowania programem:


Katerina i Ana:


Fic sobie jaskółczy, w Labinie:


Janioł wypluwa schody:


Bez grzebienia:


Labińskie to i owo:










Pićan. Suszenie zwierząt domowych:


Zakocenie:


Pan, co się rozsierdził:


i małżonka:


Kozioł:


Trawokosy:


Przygotowanie do śniadania nad przepaścią:


j.w.:


j.w. [już kruh dzierżąc w dłoni]:


Gračišće:


Istryjskie drogi krzyżowe, uwannione owce, winorośla:










Pazin, przydworcowy bar klawokrzesłowy:


Drzwi drugie od prawej są do szefa kolodvora:]



cdn.