Thursday, May 14, 2009

Chorwacja, część 2.

20 kwietnia.
Rano budzik zadzwonił w okolicach 6.00, czyste szaleństwo. Ogarnięcie.hr było dość chaotyczne lecz zakończone sukcesem - wsiądnięciem do vlaku w stronę Rijeki. Na linii vlakowej Zagrzeb-Moravice zaobserowane zostały śruby w torach z głagolicy, a także ubój dwóch kur (toporek już szykował się do zasadniczego ciosu). W Moravicach został podniesiony alarm, że niby przesiadka. Poszłyśmy ślepo za tłumem, który doprowadził nas do autokarów. Zatrzymywaliśmy się w każdej pipidówce, a panowie konduktorzy wymieniali się kopertami. W autokarze spotkały nas nieprzyjemne doznania akustyczne z ust siedzącego za nami pana. Ciamkaniom, chrumkaniom i chrząkaniom nie było końca. Co jakiś czas pan wzywał Pana Najwyższego lub śmiał się, mimo że siedział raczej sam. Natomiast przed nami siedziała pani, która nie podzieliła się z Magdą kiełbasą. Dwie stacje przed Rijeką przesiedliśmy się znowu do vlaka. Atrakcją była jazda dość długim tunelem bez akompaniamentu świateł. Do Rijeki dotarłyśmy z pewnym spóźnieniem, czem prędzej kupiłyśmy kruh i maslac i zrobiłyśmy sobie bidne kanapki. Po konsumpcji udałyśmy się na poszukiwanie noclegu. Magdy tekst "so maybe one of your friends have a room to rent or something" podbił serca pierwszych napotkanych na drodze dziewczyn (Any i Kateriny) do tego stopnia, że poszłyśmy razem na kawę (marki Karlovac:P) oraz do mieszkania Any w celu rozlokowania się. Dzieuchy okazały się klawe i cały dzień następowała symboliczna zmiana piłkarskich koszulek. W celu przypieczętowania integracji PL-HR zrobiłyśmy komiks o nieszczęśliwych zapałkach, które walczą z barierą komunikacyjną. Najciekawszą postacią komiksu była jednak mgła, która zaczęła być głodna, a potem przestała.
Następnie udałyśmy się do baru studenckiego najeść się za 5 kun upewniając się, czy naprawdę jest jeftin. Deszcz umiejscowił nas w domostwie, gdzie chciałam pod wieczór dyskretnie zrobić w kuchni skromną kolacyję, jednak niestety zjawiły się anine współlokatorki i jedna mogła nacieszyć wzrok magdalenami zażywającymi chlebka z masełkiem. Dlatego pamiętaj: gdziekolwiek jesteś, zawsze miej ze sobą przynajmniej dżem.

21 kwietnia.
Chcąc nie wzbudzić kontrowersji rano, by uniknąć konsumpcji zestawu chleb z maslakiem, zdecydowałyśmy się na manewr maskujący: chleb + gorący kubek. Zestaw ten jednak przyciągnął uwagę Any i Kateriny i zrodził wiele pytań i reakcji stanowiących zaskoczenie (soup for breakfast?). W południe zostałyśmy załadowane do autobusu, którego kierowca pokazał kto tu jest panem. Obwieścił, że należy się extra 8 kun do biletu, na nasze pytanie ke? oznajmił: IN MAJ KAŁNTRY JU MAST PEJ! Po pytaniach pomocniczych się okazało, że to za chęć umieszczenia bagażu w luku bagażowym. Przed wsiadką jeszcze zaczepiła nas pani z ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem "jedna kuna, baby", ale usłyszała, że ne ma.
Autobus opuściłyśmy w Labinie, który szybko stworzył nam niewygodną sytuację. Okazało się, że mieszkańcy Labina nie znają znaczenia słowa "jeftin". Sporo ludzi zostało wciągniętych w poszukiwania taniego noclegu, niestety ich propozycje i sugestie nie mogły spotkać się z akceptacją naszego portfela. Na początku zaczął działać pan w białym sweterku i złotych akcentach na ręce i szyi. Innym charakterystycznym przewodnikiem był podlumpiony pan z komórką (którego to zresztą spotkałyśmy następnego dnia i powitałyśmy go słowami "dober den!"). Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz cięższa, istniały 2 wyjścia - albo śpimy w opuszczonej aptece albo w motelu za 300 kun za 2 osoby. Na szczęście pojawił się Marian, zapytany o noclegi wykonał telefon, podał cenę, która nas nie zadowoliła (ustaliłyśmy, że będziemy negocjować) i kazał poczekać jakieś 15 minut na właścicielkę. Okazało się, że mieszkanie które se wynajmiemy znajduje się dokładnie nad tym, w którym zamieszkuje sobie pan Ivan (w akcie desperacji pukałyśmy do niego, przerywając mu czynność golenia się). Wracając do naszego apartamentu - cena została obniżona z racji, że Niemcy w łazience wyrwali to i owo, a także że zaproponowałyśmy pani Mlađen, by nie dawała nam świeżej pościeli i nie myła podłogi. Odpowiedziałyśmy też poprawnie na pytanie konkursowe "kim jest Janica Kostelić". Nasza przyjaźń zacieśniła się w momencie, gdy okazało się, że mam urodziny dzień po jej córce.
Po akcji ogarnijsie.hr poszłyśmy zwiedzać Labin, spotkałyśmy Maryjana oraz przez przypadek dotarłyśmy do jamy szaleńca, która znajdowała się w opuszczonym kościele. Wariat prawdopodobnie miał zacięcie metalurgiczno-artystyczne, zrobił sobie całkiem interesujący blaszany płot z pralki.
Do apartamentu (:D) wróciłyśmy z makaronem i litrowym Ožujskiem w plastiku. Dokonałyśmy konsumpcji każdego z produktów (w pewnym odstępie czasowym między makaroem a piwem) i poszłyśmy spać. Miałyśmy tylko nadzieję na brak snów o tematyce pralkowo-szaleńczej. Aha, przed Ožujskiem protekcyjnie wcześniej się umyłyśmy w zepsutym prysznicu. Obie miałyśmy przygody, Magda potyczkę z robalem, którego bohatersko zabiłam, a ja z nieco zimną wodą. Zdołałyśmy wybrnąć z trudnej sytuacji - mogłyśmy więc przystąpić do upijania się przed telewizorem. Ožujsko niestety nie wyparowało ani nie wchłonęło się do organizmu, co znalazło wyraz w moim oddaniu moczu w 3 aktach (ostatni akt przeciągnął się do 15 minut).

22 kwietnia.
Nie słyszałam budzika o 7.00, ale usłyszałam trąbkę, która się okazała fickovym smarkaniem. Ogarnięciusię.hr również akompaniował teleodbiornik. Udałyśmy się pod Merkatora złapać stopa. Pierwszym litościwym okazał się Bośniak tirowiec. Bardzo dobrze nam się konwersowało po chorwacku lub bośniacku lub czymś w tym stylu, ponieważ od momentu pani Mlađen zaczęłyśmy rozumieć wszystkie języki. Prawie doszło do zapytania czy bośniakowy syn chciałby być naszym przewodnikiem po Bihaću (usta już były otwarte do wykonania zapytunku), jednak znienacka przyszedł moment wysiadki na rozjeździe. Pół minuty później miły pan z kitką podwiózł nas do Kršanu i zrobił rundkę po starym mieście (zwiedzałyśmy metodą quasi-niemiecką). Etap trwał 3 minuty, a zdążyłyśmy się dowiedzieć gdzie mieszka ksiądz, a gdzie Polka. Trzeciego pana twarzy nie pamiętam (Magda mówi, że gejowaty), był także z kategorii pozytywnych i udzielił nam złotej rady, byśmy chłopaków na Istrii sobie znalazły, bo tak tu ładnie. W międzyczasie zatrzymałyśmy auto z dwoma panami, którym nie po drodze było nas podwieźć, ale ucięta została kilkuminutowa pogawędka na szosie po tym, jak kraj naszego pochodzenia wzbudził okrzyki radości.
Do Pićanu musiałyśmy pokonać serpentynę 10% nachylenia w mieszance palącego słońca i sladoledowego wichru, ale warto było to zrobić dla śniadania nad malowniczą przepaścią nieopodal pana koszącego, który wolno robił postępy (wszystko przez te skałki!). Pićan raczej opustoszały (plemię germańskie tam nie dotarło - sprawdź sam!) i jasne, że ładny. Tacy panowie wkopywali wychodek do dołu i zafotografowawszy się, zablokowałyśmy im przejście. Jeden nieśmiało zagaił o to i owo, a gdy zapytał "Can I pass?", Magda gotowa była pokazać swój paszport:P Jeden dziadek autochton był bardzo niepocieszony, że robimy fotografię koło jego domostwa, jego żona zaś z uśmiechem przyjęła obiektywy skierowane na siebie, za co potem opiernicz od męża odebrała. Warto wiedzieć: u lokalnej Grażynki jest pyszna gouda.
Serpentynę w dół pomogła nam w połowie pokonać różowa nauczycielka pićańskiej szkoły - klawa babka. Na szosie głównej kolejną osobą użyczającą nam 4 kół okazał się właściciel białego lexusa, któremu aż do Gračišće monitorowałyśmy zużycie energii w samochodzie. Magda mówi, że się go bała, ja siedziałam z tyłu to nie zauważyłam, że należy wykazać taką reakcję. W Gračišće pięknie było również (jak u poprzedniczki), choć krajobraz został wyposażony w autobus z przedstawicielami pewnego 80-milionowego kraju europejskiego, którzy akurat zostali poddani popasowi lub jak kto woli - wypasowi.
We wiosce do baru przydrożnego zaszłyśmy, by - jak się okazało - samemu sobie zrobić za barem czekoladę na gorąco, ponieważ pani kelnerkobarmanka pracowała dopiero trzeci dzień i zadeklarowała nieumiejętność sporządzenia zamówionego przez nas napoju. Pani była bardzo miła, sytuacja wzbudziła magdalenową radość, lecz niestety zamiast happy endu spotkała nas łonda: musiałyśmy uiścić jeszcze większą opłatę niż istniejąca w menu (extra 4 kuny za šlag). Przywilej asystowania w czynnościach barmańskich kosztuje. Na drodze dalszej sfotografowałyśmy łowce, które miały pastwisko wyposażone w wannę, a także winorośla. Wobec nagłego nadjeżdżania autobusu z tymi, co się wcześniej wypaśli, przybrałyśmy szybko pozę godną pozazdroszczenia na trawce i pomachałyśmy. Następnie do auta przygarnął nas łysawy i małomówny pan, który zawiózł nas do Pazinu. Godzina była młoda - około 4h zostało do zawitania u progu couchsurfingowej Jany.
Czas straciłyśmy po części siedząc w drewnianej kolejce dla pazińskiej latorośli (młodszej i starszej, często zakochanej o czym świadczyły liczne wyznania i love napisane tu i ówdzie), piłyśmy herbatę z termosu i czytałyśmy bezdroża. Ja co jakiś czas przesiadałam się to ze słońca do cienia, a to z cienia do słońca. Po mniej więcej godzinie stwierdziłyśmy, że już wystarczy tego kolejkowania się postanowiłyśmy się przemieścić. W trakcie "zbierania się" podsłyszałam rozmowę babci i wnuczki. Dziewczynka twierdziła, że "ten chłopak się ciągle na nią patrzy" (z czego zadowolona nie była). Babcia natomiast przekonywała ją o płci żeńskiej owego chłopaka. Szkoda, że mowa była o mnie.
Poszłyśmy się poprzechadzać tu i tam, percepcja niestety była utrudniona z racji plecaków, które z czasem magicznie stały się cięższe niż rano. Przeszłyśmy się po starym mieście (niektóre domki dość klawe), zobaczyłyśmy zamek i plakat głagolicki. Były plany zejścia 100 metrów w dół w celu odwiedzenia jaskinii, ale Magda była trochę przeciwna temu pomysłowi i zaproponowała opcję piwną, która mnie przekonała. Znalazłyśmy spelunkę z zegarem ozdobionym ptakami, które ćwierkały co godzinę. W ubikacji czekała nas niespodzianka - kibelek typu bułgarskiego. Po piwie posnułyśmy się jeszcze tu i tam i kupiłyśmy zapasy śniadaniowo-kolacyjne. Do 20.00 zostało jeszcze z pół godziny, także usiadłyśmy sobie na schodkach i z zegarkiem w ręku poczekałyśmy około 15 minut, coby nie być bardzo przed czasem:]
Dom i ludzie w nim zamieszkujący okazali się klawi. Na ścianach było sporo fajnych fotografii. (Pozdrowienia i podziękowania dla Jany, Tonego i ich dzieci). Przed kolacją poszłyśmy jeszcze na spacer, który skończył się krótkotrwałym świętowaniem jakiegoś nowonarodzonego na "V". Ojciec (kolega Tonego) postawił nam lokalny wytwór - oranżadę - Pašaretę. Potem [słowo nieczytelne] się zmęczeniem i poszłyśmy zjeść kolację. Potem zaspokoiłyśmy się internetowo i poszłyśmy spać.


SEKCJA WIZUALNA:

Ana nam zaparzyła:


tak jak lubimy, po bośniacku, z džezvy:


Ciekawe stanowisko pracy - zmieniacz świateł:


Fragment Any:


Straszono nas zakwasami, jednak obyło się bez takowych:


Kot i egzotyka:


Z cyklu upiększaczy panoramy:


Ana zmuszona do symulowania zainteresowania programem:


Katerina i Ana:


Fic sobie jaskółczy, w Labinie:


Janioł wypluwa schody:


Bez grzebienia:


Labińskie to i owo:










Pićan. Suszenie zwierząt domowych:


Zakocenie:


Pan, co się rozsierdził:


i małżonka:


Kozioł:


Trawokosy:


Przygotowanie do śniadania nad przepaścią:


j.w.:


j.w. [już kruh dzierżąc w dłoni]:


Gračišće:


Istryjskie drogi krzyżowe, uwannione owce, winorośla:










Pazin, przydworcowy bar klawokrzesłowy:


Drzwi drugie od prawej są do szefa kolodvora:]



cdn.

1 comment:

Anonymous said...

wyczesane :]