Słowniczek dla nieuczestniczących:
BUCUREȘTI O. - bezskutecznie usiłowałyśmy od pani z okienka wyciągnąć pełną nazwę stacji kolejowej. Zirytowana prawiekrzykiem oznajmiła trzykrotnie, że O.! co w praktyce okazało się być Obor-em.
ALEKSIEJ PRASKI - recepcjonista (który 3 razy chciał nas zabić) w Levir Hostelu w Pradze, polecamy zresztą.
ŁONDA - słowo żyjące już swoim życiem, łatwo przykleja się do nowych sytuacji. Bywa siarą, wiochą, lipą, ściemą, chujnią. Jego etymologia związana jest z czyimś brudnym uchem, które frazę "przestań, bo wysiądę" odszyfrowało jako "przestań robić łondę".
17 września:
Rano wybieramy się na plażę, która jednak nie zachwyca – śmieci, watahy psów, kotów i glonów. W opuszczonym samochodzie znajdujemy chorego szczeniaka. Magda N. przysłużyła się społecznie i potrzymała rybakowi-wędkarzowi miotającą się rybę przez szmatkę:) Bilans – 1 kukuła dla wędkarza. Po kontemplowaniu morza, niekompletnym jednak, bo bez winogron, niach, niach, niach:) udajemy się na procházkę po Konstancy, która okazuje się być całkiem przyjaznym i ładnym miasteczkiem. No oprócz jednego incydentu na targu, kiedy to próbowano mnie okraść. Sprawca jednak otworzył nie tą kieszeń torebki, którą trzeba i nie pokusił się na Strepsils ani krem Nivea:) Magdy cały czas cykają zdjęcia. Nawiązujemy kontakt z miejscową ludnością – poznajemy rybaka i dozorcę w porcie [za znajomość finezyjnego słowa departe, zostałam ochrzczona przez w.w. pana Rumunką, i normalnie wszystko inceleg], a jego koledzy grający w grę, w której nie wiadomo o co chodzi, dają się sfotografować. Zaliczamy z Fickiem meczet+minaret, dostajemy opieprz od pani bileterki, bo weszłyśmy za linię zwiedzania, ale buty zdjęłyśmy!:) biorąc przykład z dwóch muzułmanek. Po południu zakupy w Kauflandzie, gdzie panuje bardzo niezdrowa atmosfera (walka nerwów przez kilometrowe kolejki), ale cóż się nie zrobi dla kartofi i jajek:) [uwaga, hit kulinarny] Kartofi jednak okazują się katastrofą – skończył się gaz w kuchence i nici z jajecznicy. Teraz leżymy cierpiąc przez niedogotowane kartofi i staramy się je strawić przy rumuńskiej, folkowej wersji programu „od przedszkola do opola”.
Chciałam dodać, iż nasz obiad składał się z lekko niedogotowanych ziemniorów pomieszanych z jajcem, które nie zdążyło zmienić swej konsystencji na bardziej stałą. Wszystko to zostało polane jogurtem (żeby dało się przynajmniej połknąć). Aby uatrakcyjnić posiłek i nadać mu koloryt, dodano czerwone odłamki pomidora. M.N. tak rozdęło, że teraz siedzi z rozpiętymi spodniami i czeka na wybuch – podobno maczał w tym palce okres.
Ficek jest klasycznie bezlitosny, a też jej kartofi jeżdżą tu i tam, tylko bez okrasy z Tych Dni, i se Ficek myśli, że rządzi. A Furmanova pod prysznicem ćwiczy „piejo kury piejo”, a światło łazienkowe mryga jak przy huraganie Katrina. Za to światło i za ten gaz, co wziął i znikł, podjebiemy srajtaśmę – o ile jej nie wykorzystamy [thanks to ziemniok].
18 września:
Konstanca-Bukareszt:
Personal vlak – jedyne 20 lei, ołje! Jedyne 6 godzin do Bucureşti O.! O.! Obor(niki). Skąpo podgrzewany, za to okna hojnie rozszczelnione. Skondensowanie grupy społecznej niższego szczebla. Obwoźni handlarze już nie proponowali hhhdży ajlowju, pojawiły się za to skarpety, telefony telefony telleleelefony, adidasy pachnące. Za oknem atrakcja w postaci krowy, która się cieliła na torach i opłaciła to życiem. Analizy pełnych jelit puszczonych samopas dokonała grupa wyznawców krowizmu.
Bukareszt:
Ulica z hostelem jest ukryta bezczelnie, trzeba było przekroczyć tajemniczy pasaż, ażeby odnaleźć wrota. I kto nas powitał na progu? Kopia Aleksieja praskiego. Od razu poczułyśmy się jak w domu. Po uprzątnięciu zabawkowej kolejki, wskazano nam miejsce spoczynku.
19 września:
Śniadanko przy współdzielonym stole: proces przebiegał spokojnie i nic nie zakłócało konsumpcji, aż się pojawiła babcia z apetytem i bez pardonu zaczęła niah-niahać NASZ chleb aż uszy się trzęsły (+ 2 kromeczki odłożone dla mężusia na talerzyk). Gdyby nie szok, pewnie byśmy się zorientowały, że również pozycja naszego masła była zagrożona, ale niestety ocknęłyśmy się dopiero gdy i masełeczko zaczęło zapychać czeluście jamy gębowej w.w. babci. No cóż, mogłyśmy jedynie wykazać pełną bierność, po czym wstać od stołu i wyjść na miasto, gdzie praktykowałyśmy proces wysrywania się (wspierany przez metro). Zwiedzałyśmy rozmaite budowle, m.in. parlament z pięciu stron oraz wszechosaczającą dzielnicę żydowską z kopułami i krzyżami na ogół prawosławnymi. Po drodze wdałyśmy się w konwersację z panem rumuńskim na temat szczękościsku. Pan prawdopodobnie podzielał nasze zdanie w tej kwestii. Prawdopodobnie, ponieważ każdy wysławiał się w języku ojczystym. Furmanova w metrze dość ostentacyjnie chrumkała i robiła łondę.
Ej. Noł łonda plis okej! Babcia je, to ma siłę! I stąd się właśnie biorą babcie z powerem! Najpierw zabraniacie babciom jeść, a potem narzekacie, że nie można domknąć drzwi w przedziale!!!:) Co za łonda!
20 września:
No a dzisiaj w dzień szabasu kiedy to rozstrzygamy kwestię poruszoną przez Fickovą czy Żydzi nie mogąc dotykać w dzień szabasu pieniędzy, mogą dotykać kart kredytowych:), połaziłyśmy jeszcze trochę po fajnych uliczkach (a nuż trafimy na dzielnicę żydowską, tudzież jakąś kopułę chociaż:)), zwiedziłyśmy aleję popiersi w parku i dzielnicę bez masła, po czym całkiem przypadkowo trafiłyśmy z powrotem na Garę de Nord. A teraz nie zdając sobie na początku z tego sprawy, sprawiam pewnemu panu (Rumunowi) radość, wypisując pocztówki i wspomnienia:), chyba kręci go polski alfabet!:) A teraz raczy nas rumuńską muzyką ze swojego mobila, przykładając go do szyby przedziału.
SEKCJA WIZUALNA:
Komponenty (b. fotogenicznej dla nas) plaży w Konstancy:







Substytut szyby:
Każdy rumuński targ jest klawy:
Masaż babuszkowy, proszę sobie wyobrazić brak nieostrości:
Plażowy natrysk:
Gra, w której nie wiadomo osochosi:
Już Bukareszt. Trafiłyśmy na atrakcję:
Freski w metrze:
Takie cuś:

Naciąganie kabla..
żeby nie występowały w tak skromnej ilości jak tu:
Kwiaty dla pani:
Przyczajony muchomór:
Zróżnicowanie pojazdów:
Pan kapelusznik przyozdobił nasze głowy i zarządził sesję:
Bukareszt jest znany z krwiożerczych watah:


[cdn]
No comments:
Post a Comment