Sunday, November 23, 2008

obieramy koncepcję


ojacieniemoge (31-10-2008 22:21)
ej w ogóle zróbmy ziemniaki

ejmadziu (31-10-2008 22:22)
na niepodległość?


:D


Szczecin przyjechał, tym razem w wersji duo (w składzie ejmadziu& reksio). Gwoździem programu miało być jedenastolistopadowe obieranie ziemnioków. Jak postanowiono tak też zrobiono.


... od początku- pewnej nocy, niespodziewanie narodził się koncept „obierania ziemniaków na jakimś rynku polskim lub zagranicznym”. Podejrzewam, iż byłam wtedy świeżo po przyjeździe ze Szczecina, jeszcze pełna sił kreatywno dobro-działających. Czy coś w tym stylu. Po prostu wzięło i się wymyśliło, napisałam o tym do Magdy (ejmadziu), a ona zaakceptowała (mało zaskakująca reakcja).

Plus- minus, rok później, zadanie zostało wspólnie poszerzone przez całą Grupę Ziemniaka, a na koniec- zrealizowane. Można powiedzieć, że akcja zakończyła się sukcesem, cokolwiek rozumiemy pod pojęciem „sukces”. ;]


Data zerowa została wyznaczona na 11 listopada. Obieranie ziemniaków nie miało być oznaką naszego patriotyzmu- czy tak jak kto woli- jego braku. Po prostu, tylko ten dzień pasował tym, którzy musieli specjalnie na tą okazję opuścić rodzinne pielesze (reprezentacja filologów) oraz tym, którzy wracać musieli do gniazda swego rodzinnego (duet szczeciński).


10 listopada:

Zakupiono potrzebny asortyment- ziemniaki oraz obieraczki. Jeśli chodzi o te drugie- nie było to prostym zadaniem, w Ikei zastała nas nieco przydługa kolejka, zniechęcająca do tego stopnia, iż porzuciliśmy to i owo i wyszliśmy ze sklepu. Wcześniej, ejmadziu napisała oficjalne zażalenie skierowane do szefostwa sklepu. Na otarcie łez, zaopatrzyliśmy się w ołówki, a także konkretnych rozmiarów płachty szarego papieru, które zostały wykorzystane do produkcji transparentów :P

Wieczorem w sosnowieckim DS4 odbyło się klawe spotkanie, w składzie: Kinga, Kornik, Furman, Magda, Reksio oraz em-dwa (ejmadziu i ja) na którym wspólnie zastanawialiśmy się nad tym czy jednak cokolwiek chcemy osiągnąć, jakie pobudki nami właściwie kierują itd. Wymyśliły się różne poruszające serca hasła i postulaty aczkolwiek zdajemy sobie sprawę z tego iż trudno będzie doprowadzić je do realizacji.

Co poniektórzy wykazali się swoimi zdolnościami rymotwórczymi i kaligraficznymi. Inni wymyślali hasła- mniej lub bardziej poprawne i stosowne, jedni otwierali piwa a drudzy udawali stonogi. Ogólnie rzecz biorąc było klawo jak cholera i noł łonda meen.


Můj kamarád kůň?

kART OFFel


11 listopada:

Rano dowiadujemy się. że kilka osób niestety zrezygnowało ze wspólnego obierania, jednak ostatecznie nasza grupa obieraczy osiąga nawet satysfakcjonującą liczbę- dziewięciu sztuk. W składzie: Cornelia, Ejmadziu, Kinga, Kornik, Furman, Magda, Regina, Reksio i ja oraz uczestnicy dochodzący- Hanka, pani z procą i jej syn, fani techno, nasz hit- pan www i inni.

Wstępnie, obierać mieliśmy pod teatrem jednak stwierdziliśmy, że jest tam stanowczo za mało ludzi i udaliśmy się na ul. Stawową (deptak łączący dworzec PKP z dworcem autobusowym). Rozłożyliśmy się koło żaby i zaczęliśmy obieranie. Równocześnie osoby wydelegowane fotografowały, kamerowały i przeprowadzały kartoflaną ankietę (jeżeli zostanie odnaleziona, jej wyniki zostaną tutaj przedstawione). Magda, Kinga i Kornik udzieliły nawet wywiadu dla TVS (Kornik chciała być sławna także w pewnym sensie jej marzenie się spełniło)


Teraz, nie pozostaje mi nic innego, jak moje wywody okrasić zdjęciami. Fotorelacja autorstwa Ejmadzinego i Reksiowego, moja klisza leży na półce i czeka na wywołanie, typicke.


Jedz ziemniaki dla zabawy, a zobaczysz będziesz KLAWY.

Aby każdy zrozumiał- różne wersje językowe.


Osiąganie sławy:



Prace domowe:



Po załadowaniu całej wanienki obranymi ziemniakami, udajemy się na gorącą czekoladę (Cornelia i Regina odmawiają uczestnictwa). Pyry oczywiście nam towarzyszą. Później, żegnamy się czule i płaczliwie pod makdonaldem (jakie to romantyczne) ponieważ Szczecin wraca do Szczecina. Reszta, w towarzystwie ziemniaków wraca do Sosnowca. Tam następuje wielkie frytkowe obżarstwo. Dnia następnego, stan przesycenia zostaje ponownie osiągnięty, tym razem za sprawa klusek śląskich. Warto dodać, że wszystkie zapasy nie zostały skonsumowane po dziś dzień! Spora ilość klusek została zamrożona i spoczywa w lodówce, czekając na zjedzenie.


Wkrótce napiszemy coś więcej na temat ludzi, którzy przyłączyli się do naszego obierania. O ile odnajdzie się ankieta, zamieścimy jej wyniki. Jeśli Kinga użyczy swoje filmiki- także się pojawią:D aha proszę mi przypomnieć jak nazywał się pan www.



mejk łonda not łor

[ojacieniemoge]


Pozwalając sobie na odrobinę łesternu, ja również sformułuję wypowiedź, nie wiadomo jeszcze jakich rozmiarów.
Odpowiem na ojacieniemogącą prośbę: pan www, będący osobą zwieńczającą obieranie koncepcji, zagalopował się (bo było mu tak miło z nami) i pozbawił odzienia aż trzy ziemnioki, będące jednocześnie ostatnimi ziemniokami czekającymi na okaleczenie obieraczką do jarzyn. Panu na imię było Romcio, tudzież jak kto woli Romcio35. Ostatni przedstawiciel kilkunastokilogramowego grona delikwentów prezentował się w (uniesionej w zwycięskim geście) dłoni pana Romcia tak:


Prezentując tę fotografię uprzedziłam i popsułam pewnie zamysł mej poprzedniczki, aby opublikować postaci obierające w kolejnej notce, ale trudno, już nie będę kasować;]

Chciałabym się jeszcze cofnąć do wigilii dnia ziemniaka, a konkretnie do wizyty w Sparze, dzięki któremu zostaliśmy zaopatrzeni w łondowate poniekąd obieraczki do jarzyn. Przy taśmie, która bierze i jedzie towary do rąk pani kasjerki poczuliśmy PRZEDSMAK atmosfery, posądzeni bowiem zostaliśmy przez panią kasującą o sabotaż ("chyba robicie to specjalnie"). Pani co prawda była wyposażona w grymas uśmiechu na twarzy, no ale. Wszystko przez to, że 3 osoby pod rząd nabywały zestaw wór ziemniaków + obieraczka, a obieraczkowy kod kreskowy, otulający nieostre ostrze, niełatwo jest wbić!
No i wogle jak to wygląda:


Pańcia zasugerowała, że ekonomiczniej byłoby kupić jedną obieraczkę, i mieć pieniądze na INNE RZECZY:] Sprytne.

A oto family portrait - podsumowująca wizyta w café z miską ziemnioków:



[ejmadziu]

Tuesday, October 14, 2008

Rumunia, odsłona 7, ostatnia.

Słowniczek dla nieuczestniczących:
LUDWIK XVI - tak ochrzciłyśmy hol na dworcu Budapeszt Keleti. Raczej słusznie.
RACJA - w momentach kryzysowych 3 listki papieru na czynność krótką, od długiej się powstrzymywałyśmy.

[Uwaga! Na specjalne życzenie Pana Mariana, daty realne z poszczególnych dni podróży nie będą już nacechowane kolosalną czcionką.]

W Sybinie uniosłyśmy się honorem, rezygnując z pensjonatu, który nie spełnił naszych oczekiwań cenowych, chociaż nieoficjalnie mówiąc spełnił je, bo ostatecznie zaniżył cenę do 40 lei na osobę. Zlądowałyśmy w hostelu ulokowanym po środku klawości architektonicznych, zapłaciłyśmy 45 ale to co, przecież nie będziemy wracać jak zbite psy do pensjonatu. Recepcjonistka witająca – zwyczajna sucz, recepcjonistka kolejna – amatorka kina nocnego pod drzwiami dormitorni. Nie ma to jak dobry amerykański film akcji (podwodnej) puszczony na volume dla ośrodka dla niedosłyszących bardzo. No i można zrobić co 2 minuty „łaał” i „ołmajgat”. Recepcjonistka otrzymała od nas reprymendę. Jeszcze jakiś dziadek próbował naśladować chrapy Tipiego. Ale zasnęłyśmy i kolejny dzień przywitał nas nowym recepcjonistą, który wyemitował – uwaga uwaga – Bonobo, a potem również Cujo!:]
[Ficek mówi, że ostro napisałam].

23 września:
Wychodzimy obejrzeć Sybin w wersji color, który okazuje się być jednym z faworytów w rankingu ładnych miasteczek Rumunii:). Oprócz rynku i starego miasta odwiedziłyśmy targ i zagłębie Ruhry:) tzn. second handów, gdzie Magdy fundnęły sobie po kurtce i bluzie. Ponieważ w poprzedni wieczór jadłyśmy (dla odmiany) makaron, który oczywiście został na następny dzień (bo nie powiem kto chciał kupować dwie paczki:) – bez nazwisk proszę:P), wróciłyśmy do hotelu mimo przebytego check-out’u zrobić łondę i odgrzać sobie makaron, który skonsumowałyśmy z białym serem i cukrem. Jeśli chodzi o poprzedni wieczór, to spotkałyśmy grupkę Polaków w ilości 3 sztuki i to w dodatku z rodzinnych stron Magdy N. – Szczecina. Po zamęczeniu nas serią pytań co zwiedzałyśmy, czy zdążyłyśmy zwiedzić wszystkie 15 monasterów w Suczawie, swoimi wrażeniami z ukraińskiego obitego czerwoną tapicerką pociągu, opowieściami o Ukrainkach z maślanymi oczami oraz ogólnym strumieniem wiadomości, grupa pojechała do Cluju, tj. mózgu Transylwanii, a my do serca, tj. Alby Iulii.

Vinţu de Jos - Zostałyśmy poderwane przez młotkowego, który wyglądał jak brat bliźniak naszego kolejorza. Kolejorz zresztą podrywał Magdę N. oraz zwierzył nam się, że lubi flaczki. Na dworcu widziałyśmy też pół-ślepego popa, który przez 5 minut czytał swój bilet z odległości 15 cm, po czym rozmyślił się co do obranego wcześniej pociągu. Trzecim ewenementem była postać młotka, z czarnymi rękoma, papierosem i spojrzeniem niezdradzającym walorów intelektualnych.
Z Vinţu de Jos jedziemy do Alby Iulii, gdzie chcąc wydać swoje ostatnie leje próbujemy znaleźć coś do jedzenia – najlepiej tanią restauracyjkę. W tym celu zaczepiamy pewną sympatyczną babcię i stosując metody komunikacji werbalnej oraz niewerbalnej, próbujemy wytłumaczyć jej, że chcemy coś zjeść. Z początku nie zaszedł uzus semiotyczny, ale z czasem babcia załapała bluesa i za pomocą obfitej gestykulacji i innych alternatywnych metod poleciła nam restaurację o wdzięcznej nazwie Kupidyn:), która być może była tania (zgodnie z naszym życzeniem), ale niestety zamknięta od 3 godzin. W zaistniałej sytuacji weszłyśmy do pierwszej lepszej knajpy. Z początku wydawała się ok – trochę folkowo-„weselnej” muzyczki, ciepło i tanio. Zamówiłyśmy ryż z warzywami meksykańskimi. Po 15 minutach oczekiwania dostałyśmy same warzywa [w skład mieszanki wchodziły różne charakterystyczne dla Meksyku warzywa - marchew i inne]. Po napomnieniu kelnera, ów zreflektował się i przyniósł nam… chleb:) Potem stwierdził, że nie mówi po angielsku i nas nie rozumie i że w ogóle nie ma ryżu. Po zamówieniu frytek:) udałyśmy się do gwiazdki:) tj. cytadeli, starego miasta w Albie. Po drodze wypiłyśmy herbatę pod fast food’em o nazwie Fat Boy, w którym głównym składnikiem menu był zestaw familijny – fat papa, fat mama i fat boy. W cytadeli widziałyśmy pomnik bohatera narodowego na koniu, z brodą, który wg naszych obliczeń (na podstawie dat żywota, wyrzeźbionych na pomniku) miał 8 lat:)
Ponieważ pociąg do Budapesztu miałyśmy dopiero o 23, pragnęłyśmy się ogrzać gorącą ciokolatą. Niestety pani kelnerka nie mówiła po angielsku. Powiedziałyśmy, że chcemy zjeść lub wypić coś słodkiego. Pani kelnerka stwierdziła, że owszem mają coś ni to słodkiego, ni niesłodkiego [w rozmiarze kiełbaski], ale not really good:). Zrezygnowałyśmy. Ostatecznie wylądowałyśmy w pubie 13 z flagami.

Ciopąg do Budapesztu tradycyjnie się spóźnił, na szczęście nie 120+ minut. W trakcie podróży uległyśmy stanowi spaniopodobnemu w pozycji dość ciekawej. Moje i Magdy N. nogi zaplątały się w iście finezyjny sposób. Dodajmy, iż wszelakie zmiany były bolesne i skomplikowane logistycznie.

24 września:
Do Budapesztu dotarłyśmy około 6.00. Przed nami ciężki dzień. Poranek rozpoczęłyśmy od śniadania nie na trawie. Chleb z ziemniaków + najbardziej szajsowata i łondziata bryndza w naszej rumuńskiej karierze + rozdziabdziany pomidor z Penny’ego. Nie było łatwo. Gratulacje dla Furmanovej – to jej udało się zjeść najwięcej. Następnie świadomie dałyśmy się oszukać w kantorze i prawie całą kasę wydałyśmy na przechowalnię bagażu.
I tak to ruszyłyśmy w miasto mając, w przypadku moim i Ficka po około 5 zł na głowę, a w przypadku Furmanovej nawet jakaś grubsza forsa wchodziła w grę, ponoć około 15 zł. Ciokolata korciła, ale nie dałyśmy się wywieść na pokuszenie kafeteriom. Szybko się okazało, że nie jesteśmy króliczkami z baterią duracell, chociaż Fic dość długo imitował taki stan (do około 13.00 – i tu bolesna dygresja, że 13.00 przestała już być 14.00 i stała się dramatycznie zwyczajną 13.00). Po 13.00 opadłyśmy na naddunajską ławkę zrobić kącik konsumpcyjny o estetyce menelskiej (tu znowuż nie podamy nazwisk osób zawierających na swym odzieniu wierzchnim resztki aksamitnych chrupek Gusto). Nadszedł czas na łondę, czyli sentencję „to może jedźmy już na ten dworzec” (Fic).
Po okazaniu naszego wspaniałego biletu City Star, wpuszczono nas do Ludwika XVI (nastąpiła klamra kompozycyjna). Ficek wypatrzył, że mamy wcześniejszy pociąg do Bratysławy, a mianowicie o 15.30. W pociągu poznałyśmy przystojnego Niemca – Dominika, studiującego grafikę, który chodzi samotnie po górach i kontempluje. Należy dodać, że był pod wrażeniem przebytej przez nas trasy (OKLASKY!). W Bratysławie ohydne smaki dzisiejszego dnia osiągnęły zenit w postaci konsumpcji langosza (fuj!). Na szczęście pewnym rozwiązaniem dla mnie był ketchup, który trochę zabijał smak langosza:P Brawa dla Ficka, który zjadł langosza z tatarską omackou! (feee!). Magda N. nie wytrzymała psychicznie i zdecydowała się na hot-doga (bo jak to określiła – „nie wiadomo z czego taki langosz jest zrobiony, a parówka to już prędzej”:)). Później dostajemy z wielką łaską wrzątek od pani z fast food’a, potem szybka słodka chwila i jedziemy do Żiliny. W pociągu Magda Fi dogaduje się ze Słowakiem, po czym następuje intensywny sen. Z Żiliny udajemy się do Čadcy (z czego połowę drogi przejeżdżamy autobusem z powodu remontów na torach). Z Čadcy śmiesznym wagonikiem (i do tego za darmo) za namową pomocnego pana Polaka-Słowaka jedziemy do przygranicznego Skalite-Serafinov.
[już 25 września!]
Stamtąd wprost po torach usianych przez ludzkie kupy i papier toaletowy, które także polecił nam ów uprzejmy pan, docieramy do Zwardonia bez większych komplikacji – na szczęście nic nie jechało po torach, zgodnie z zapowiedzią pana, a Fickova wyposażona w czołówkę prowadziła nas dzielnie. Trafiamy na dworzec w Zwardoniu, gdzie pierwsze co robimy, to dobijamy się do drzwi pani dróżniczki ruchu po wrzątek, który dostajemy bez problemu. Wykorzystując sytuację próbujemy się także wbić jej do ubikacji, ale na dworcu zrobili łondę i nie wyposażyli pani dróżniczki w kibel. Kończy się więc tylko na umyciu zębów, a Magda N. idzie w krzoki – ale odnosi tylko połowiczny sukces:) No a teraz czekamy na pociąg o godz. 3.09 do Żywca na udostępnionym przez panią dróżniczkę dworcu (ja oczywiście, jak na lumpa przystało, leżę sobie na ławce w śpiworze, a Magdy realizują program ćwiczeń rozgrzewających z podstawówki:)
Podjęłyśmy szybko uchwałę o tym, że już można śpiewać o sępie, bez groźby kary pajacykowej, i wówczas unisono wykrzyczałyśmy duszoną w sobie od kilku ładnych dni pieśń. Ale ulga.
Czekamy (biegając) na podstawienie pociągu, który się okazał być pociągiem stojącym od 2 godzin na sąsiednim peronie (a miał być na innym), także łonda maksymalna. Kolejorz wyraził ubolewanie, że nie zainstalowałyśmy się w jego pociągu ciepłym już wcześniej, no ale bez zaproszenia wystosowania to se mógł kwilić. W pociągu warunki klimatyczne afrykańskie w istocie. W tzw. międzyczasie bukareszteński jogurt załondził samoprzedziurawiając się – tak to się musiało skończyć.
Zasypiamy w pustym pociągu, budzimy się w pełnym. Stwierdzamy, że jesteśmy w najlepszym położeniu ze wszystkich podróżujących. Na szczęście przemieszczanie się około 4.00 rano nie jest naszą codzienną tradycją i rutyną. Do Żywca przyjeżdżamy około 4:15. Wspaniale, bo pierwszy autobus jedzie za jakieś 15 minut. Do Świnnej przyjeżdżamy bez przygód. Na przystanku wita nas monstrualny pies, nie oszczędza swojego szczeku, używa go w całej okazałości. Gorzej niż w Bukareszcie! W domu zjadamy sałatkę jako wczesne śniadanie i do około 13.00 zapominamy o całym świecie.
KONIEC?

PS.: Łupież Ficka fruwa po pokoju, a fszystko [łonda kontrolowana] przez Nivea gel for men do głowy i do ciała.

Bilans - wróciły z nami:
* 3 jabłka nie byle jakie, bo węgierskie
* woda Theodora (kékkúti kutak) pytająca czy gondolta volna?
* muesli
* iaurt, który zrobił łondę w namiocie i śledzie w śmietanie
* wafle z Simbą od firmy Arslan (z Alby Iulii)
* gżiem (na który się nikt nie pokusił)
* gorące ciokolaty

Kolejne plany: Bałkany, Portugalia, państwa nadbałtyckie, Ukraina i Paryż, ale to wszystko dopiero pojutrze, bez pośpiechu i na spokojnie:)


SEKCJA WIZUALNA:

Sibiu, być może najklasze wizualnie miasto:



Witryna partii:


Targ, jak zwykle raj dla smeny:








Każdy myśli, że babuszki są takie niewinne. Ten egzemplarz jednak uposażył się w skórzaną kamizelę Metalliki (szkoda, że smena postanowiła rozmazać ten widok):


Panowie nie do końca wiedzieli osochosi, gdy kazałam im nie zasłaniać znaku:


Familija romska:


Szachy:


Pół pana wystaje z wnętrza ziemi:


Kolejorz / młotkowy, miłośnik flaczków:


Tak się je aksamitne chrupki nad Dunajem:


Z kieszeni obowiązkowo musi wychynąć RACJA, rzecz jasna z podjebki:


W Bratysławie zaczęłyśmy czuć ciężkość:




Zwardoń. Furman śpi-w-worze.


Tablicę zdobi element kampanii antynikotynowej, który nas rozbudził wywołując skurcze.


Krótka historia znęcania się nad Fickiem.
Ficek mógł zmienić kierunek biegu o 180 stopni na sygnał klaśnięcia. Sygnał długo się nie pojawiał.


Jak się pojawił, to znowuż długo się nie chciał pojawić po drugiej stronie poczekalni.


Tu pragnę pokazać obrońcom praw człowieka, że jednak klaśnięcie rozplasnęło się w atmosferze:



Teraz czekamy na klaśnięcie, które pozwoli nam wyruszyć w następną klawą podróż!

Sunday, October 12, 2008

Rumunia, odsłona 6.


Braşov:
Na dworcu zostałyśmy wyłapane przez wędkarzy, po udanych negocjacjach cenowych pani w czapce zaprowadziła nas do hostelu. Wcześniej dopilnowała, aby kupić bilety autobusowe i je skasować. Parokrotnie upewniała się czy jej polecenie zostało wykonane. Hostel wypada bardzo oryginalnie na tle naszej mapy noclegowej. Zjawiskowa była temperatura panująca wewnątrz, bardzo zbliżona do tej na zewnątrz. Pani w czapeczce, zapytana czy aby będzie cieplej, odparła iż bardzo jej przykro, ale hostel w grzejniki wyposażony nie został. Przykro nam się nieco zrobiło. Dobrze, że na łóżkach zastałyśmy grube koce, w połączeniu ze śpiworami, swetrami i grubymi skarpetkami dały efekt ciepłoczucia. Ja w ciągu nocy doszłam aż do takiego stadium nagrzania, że ściągłam rękawiczki.

21 września:
Rano wstałyśmy w okolicach 8-9, zobaczyłyśmy ładny Braşov, ja porobiłam kilka typowych zdjęć z serii ryneczek i kościółek. Po południu zaliczyłyśmy gorącą czokoladę (6,50) i łondę w exclusifie. Zmyliła nas cena ciorby (5 lei), po nieśmiałym wejściu do restauracji było już za późno na jakąkolwiek reakcję – dopadł nas pan kelner, w dodatkowej funkcji wskazującego siedzenia. Później było już tylko gorzej. Ja jako zamawiająca byłam zmuszona powiedzieć x3 ciorba i nic więcej – ani kawusia, ani ciasteczko ani nawet herbatka! Zuza natomiast prawie wysikała się w szatni, a Magda zagryzała suchą bułę. Dałyśmy 40 bani napiwku, ale tylko temu, bo chyba głupio byłoby zapłacić bilonem (razem 16,60 bo 1,60 policzyli sobie za bułki). Jednym słowem łonda, czyli siara na całego.

W Braşovie miałyśmy styczność ze społecznością z kategorii „miła, skłonna do socjalizacji”, w której skład weszli dwaj panowie z pieskiem (okołomenelowaci), pragnący fotografii wykonanej smenami – a że akurat dopadł mnie ten magiczny moment, w którym klisza obwieszcza swój koniec, zasugerowałyśmy panom poczekanie. Wykonali to z chęcią i cierpliwością nieograniczoną. Również babuszka z okienka, eksponująca w rzeczonym okienku żelazko, okazała się przesympatyczna i na życzenie wykonane gestykulacją przemieściła się w obrębie swego mieszkania, by wychynąć przez inne okienko (zdatne do wychywania) i przesłać nam całuski, po tym jak wpadła jej do mieszkania kukułka puszczona na tę trajektorię dzięki kończynie Furmanovej. (A, panowie też po kukułce – nawet usiłowali ją odczytać!).
W spożywczoku braszowskim ekspedientka, zdiagnozowawszy postać moją i Furmanovej, postanowiła partycypować w łondzie i wskazała nam ni z tego ni z owego najtańsze ciastka na półce – wafelki, cytuję: „czip end gud”. Następnie podjęła akcję odciążania naszej sakwy od pięciobaniowych dziadów i innych blaszaków.
W ciopągu relacji Braşov-Sighişoara znalazłyśmy się w składzie bezkiblowym. Ja, żądna wrażeń i opróżnienia pęcherza, udałam się do innego składu na zasadzie wyskocz-wskocz do pociągu. Na nowym terytorium udało mi się znaleźć niezamykający się kibel. Oprócz tego - na dystansie trzech stacji zintegrowano mnie ze społecznością romską (nieco szemraną) do tego stopnia, że ni z tego ni z owego wręczono mi czapkę zimową i pozwolono sobie zrobić kilka zdjęć, które to prawdopodobnie okażą się niewypałem z racji smeny posiadania. To wszystko, oddaję głos do studia.

Zajeżdżamy do Sighişoary, wspomnianym już wyżej pociągiem ze znaczną przewagą Romów. A, należy jeszcze wspomnieć o dzieciach romskich, które bardzo chciały foto i po zrobieniu owego przez dwie Magdy, chciały je bardzo obejrzeć, ale niestety przekonały się, że to nie cyfrówki:) Ale za to dostały po kukułce, po czym zaśpiewały nam kilka pieśni folkowych w stylu rumuńskiego „od przedszkola do Opola” i gromadnie opuściły pociąg. W Sighişoarze znajdujemy hotel (zaraz naprzeciwko dworca) o elektryzującej nazwie Chic i standardzie 4 gwiazdki, typ 2+2, co oznacza że tu grzeją:). W pokoju robimy mały remoncik (zsuwamy 2 łóżka w łoże małżeńskie). Przechadzamy się po Sighişoarze nocą i spotykają nas 2 przygody:
- dziadek straszy Magdę N. pod domem Draculi (uaaa.. Dracula…)
- polski fotograf (robiący zdjęcia do Bezdroży), o którym nie wiedziałyśmy wcale, że jest polski (ale nie zdążyłyśmy palnąć nic głupiego)
A, i jeszcze znalazłyśmy domek z okładki Bezdroży:) i wilczycę kapitolińską z synami:) Potem wypad do alimentary 24h. Standardowo kupujemy biały ser, paprykę itd., a ja z Magdą N. zdecydowałyśmy się na czekoladę o zachęcającej nazwie BERTA JUNIOR (1,30 lei), karamel i alba. Początkowo nic nie zapowiadało dramatu. Po kolacji zdecydowałyśmy się na uroczyste i długo wyczekiwane otwarcie. Po spróbowaniu (biała zdecydowanie „lepsza” od karamelu) jednego kafelka zaczęłyśmy się z Magdą hojnie obdarowywać pozostałą całością;) No ale mamy czas, żeby je skonsumować do 15 lutego, to może zdążymy.

Polecamy tenże przysmak regionalny! Sprawdza się również jako wybudzacz z letargu, czyli amoniak pooperacyjny. Wystarczy jedna kosteczka, najlepiej biała.

22 września:
Budzimy się w hotelu typu 2+2 gwiazdki. Poranna walka z sąsiadami (o dostęp do łazienki), z samym sobą i własnymi słabościami. Wychodzimy na miasto, wieczorem widziałyśmy już co nieco, teraz odwiedzamy te same miejsca, ale w wersji z kolorem. Miasteczko wydaje się ładne – kamieniczki, podwórza itd., czyli to co lubimy. Niestety, Dracule wysysające krew z szyi gołych bab w wersji kubkowej psują ogólne wju. Kiczyk wychywający zza winkla to tu, to tam, nieco nas denerwuje. Dodatkowo, dość szybko stwierdzamy, iż już nie ma co robić. Postanawiamy się desantować czem prędzej w stronę Sybina. Jednak wcześniej zaliczamy naleśniki z zamulająco słodkim dżemem, a ja indywidualnie odwiedzam jakiś kibel restauracyjny – niestety nie znalazłam włącznika, więc musiałam sobie radzić po ciemku. Nagle drzwi się otwierają, ja myślę, że to dziewczyny robią mi kawał (wcześniej wydawały z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki), aklamuję „eeej!”. Otwierającym drzwi okazała się niewinna pani, niczego nieświadoma. Możliwe, że wystraszyła się bardziej niż ja sama.
Ciopąg do Sybina miał być z przesiadką w Mediaşu. Szkoda, że nastąpiło pewne małe opóźnienie w Sighişoarze, dzięki czemu nie zdążyłyśmy na przesiadkę. Wszystko ma jednak swoją dobrą stronę – tym razem gratisowo zwiedziłyśmy Mediaş – dość klawe, lecz trochę za bardzo zniemczone miasto. Na rynku jedna z nas – pragnąca teraz zachować anonimowość – była zmuszona do wykonania 20-tu karnych pajacyków (kara za śpiewanie utworu z repertuaru grupy Ich Troje, a dokładnie ornitologicznej pieśni o sępie). W Mediaşu bezskutecznie szukałam też ciemni – ciemnego miejsca. Magda N. wygrzebała na tę okazję specjalistyczne niemieckojęzyczne słownictwo.


SEKCJA WIZUALNA:
[oczywiście w celu zobaczenia piękna transylwańskich pereł, odsyłamy do ęternetu, czyli google images]

Braşov. Fickowe wariacje na temat holiłudzkiego napisu:


Miła babuszka, kochająca zwierzęta domowe:


Ktoś tu zmienił wyznanie, z krowizmu:


Wariacje podwórkowe:


Cierpliwi i pies:


Ulica zazwyczaj posiada nazwę:


Dziecię zaabsorbowane gołąbkami:



Babuszka, która ma żelazko:


Śpiewające dzieci:


Sighişoara, porządki:


Mi się podoba, bo z tyłu są jakieś takie kreseczki:


Na motór:


Lansujemy się:


Bo pociąg do Sybina się spóźniał:


Copsa Mica, dojrzana przez nas z okna pociągu, fenomenalne miejsce!



[cdn]