Słowniczek dla nieuczestniczących:
KROWIZM - no ja już nie pamiętam jak urodziłyśmy ten odłam religijny
MASZINA - samochód, po rumuńsku
FUNIA - w zasadzie dowolny egzemplarz psa
9 września:
Oradea – Cluj:
No normalnie wyobraźcie se, że to nie ta trasa! Jedziemy górą, a bilet mamy na dół. Brak konsekwencji finansowych jednak – klawy konduktor (1 krówka, 1 kukułka). Na trasie handel obwoźny – na siedzeniu zainstalowały się: zestaw krawiecki, gadżety maryjne, mazaki. Piramida wykończona przez nas krówką została zwrócona do nadawcy.
Chciałam pochwalić M.N. jeszcze, że jako jedyna dała radę rano i wyrobiła się na ustaloną godzinę wyjścia. Ja miałam 6 min. opóźnienia, a Zuzu 13 min. Zawsze to lepszy wynik niż opóźnienie pociągu Budapeszt-Arad (ok. 3h). Jeśli chodzi o sprawy ściśle techniczne – nastąpił podział obowiązków porannych. Wyróżnione kasty: Herbatnik, Smarowacz (Smalec), Krajalnica.
Cluj:
Kolejny przyjaciel: Marcel muzykant. Spędza z nami popołudnie, pokazuje operę (miejsce pracy) od kuchni i częstuje mottem „karaluch jest czystszy niż dziwka”. Nie jest w dobrych stosunkach z żoną i wobec tego nie ma stałego adresu, na który chcemy mu wysłać 4 pancernych i psa, których tak lubi. Znalazł nam hostel, w tym celu (prócz dzwonienia komórką własną) zaprzęgając zaprzęg dziesięciu osób informujących (i 1 osobę fotografującą).
Po konsumpcji wina na wzgórzu, skąd widać cały Cluj i byznesmenów kąpiących się w basenie hotelu Belvedere, wróciłyśmy do hostelu i śpiewałyśmy do kotleta stare przeboje takich znakomitości jak Rysiu Rynkowski (ale on nie śpiewa o seksu!), a także patriotyczne przeboje o lampasach (podobno im więcej tym lepiej). Były także motywy serialowe – pomny wielu klęsk, oraz sępy miłości:)
10 września, Cluj:
Śpimy do oporu, czyli do ok. 9. Włóczymy się po mieście wydając kasę na gorące czekolady (5-6 RON) i ciasteczka oszczędnościowe ze sztuczną wisienką (3 RON) – fragmenty jabłoni w nich chyba też z plastiku. Na obiad ziemniaki. Zuza zaopatrzyła się w socjalistyczne rozmówki polsko-rumuńskie, teraz już wiemy jak zapytać się pani czy ma radio tranzystorowe. W pokoju pomieszkuje z nami pan gorszący i obrzydzający nas swoją osobą. O tym napisze już ktoś inny:P
Współlokator wyposażony hojnie w tipi i w rów. Skrajne zdegustowanie budzi. + Chrapanie stanowiące finezyjną mieszankę dźwięku bąka i karabinu maszynowego.
Trzeba dodać, że współlokator ten był z pochodzenia Peruwiańczykiem:) [informacja (klasycznie) niezweryfikowana i oparta w pełni na indiańskim owłosieniu głowy] Na szczęście potem nastąpiła zamiana na przystojnego Anglika. Hostel przyjemny, ale nabiera się w nim złych nawyków (patrz: komentarz Fickovej). Drugiego dnia zagadał do nas (oczywiście po rosyjsku już któryś raz z kolei) pan pijący z wnuczkiem „coca-colę”, którą nas poczęstowali za to, że jesteśmy krasne:) Rozochocony powiedział, że skoczy po wino do alimentary, ale odmówiłyśmy. Wręczył mi pęk około 20 kluczy, którymi miałam odpalić ichnie auto, żebyśmy sobie chyba wszyscy pojechali na jaką ekskursyję.
11 września:
Cluj – Gura Humorului:
Konduktor zaatakowany komunistycznymi rozmówkami polsko-rumuńskimi. Zapytany został o umiejętność jazdy na nartach (odp.: troszkę) oraz jak długo będzie trzymać trwała ondulacja (odp.: pociąg w Iaşi o godz. piątej). Następnie intensywną gestykulacją konwersował z nami o wyeksponowanych w przedziale schnących majtkach. Dwaj zadresieni (z którymi wpierw złapałyśmy kontakt śpiewalniczy poprzez ścianę dzielącą kompartimenty) przyszli i zapytali nas o religię w Polsce. Niestety nie odpowiedziałyśmy, że krowizm, bo powstał on nieco później. W kwestii religijnej jeszcze: na dworcu w Cluj rano babuszka zaprosiła nas do sekty Lucyfera.
Gura Humorului:
Odmówiono nam w restauracji gorącej wody. Dziewczyny poszły na jej poszukiwanie. Udało się. Zobaczyłyśmy monaster humoruluiski. Wracałyśmy furmankostopami, doszło prawie do czołowego zderzenia koń-maszina. Przeżyliśmy.
Kaczyka:
Docieramy na stopa. Dom Polski, w którym to odsłuchujemy wywodów Króla Majtek, dowiadując się, że jeszcze całe życie przed nami. Klawo. Inne złote rady to: nie upierdolić całej rodziny w długach po trzecie pokolenie, a na górce gdzieś można pierdolnąć kilka wyciągów. Takie byznesy polskie.
12 września:
Zwiedzałyśmy kopalnię soli, w której śmierdziało ropą i było schizowo – dzieci grające na wielkim boisku w kopalni i babuszki pilnujące ich na ławeczkach, a nawet jedno dziecko na plastikowym rowerku:)
Funia cały czas na nas czekała i zgubiła się dopiero przed Nowym Sołońcem, do którego dotarłyśmy 2 furmankostopami i 1 traktorostopem. Bilans – 4 kukułki w plecy.
Nowy Sołoniec:
W Nowym Sołońcu nie spotkałyśmy nikogo w domu polskim (jest w remoncie). Spotkałyśmy tylko krasnale na podwórku wypaśnego domu cioci:) Ksiądz też nie chciał zaoferować nam noclegu, bo wiadomo, szkło i takie tam:) Dopiero babuszka zaprowadziła nas do jednej pani, do której przyjeżdżała jednak rodzina, wobec czego pani odesłała nas do pani Jadzi.
SEKCJA WIZUALNA:
Klasyczna piramidka handlarska:
Marcel:
Zakamarki opery:
Operowy stróż (dierżący już zestaw zwierząt domowych krówka+kukułka):
Przegląd autochtonów klużańskich:



Kąpiel:]
Huśtawka, która nas spotkała w Cluj zamiast zamku-widma:
Transport furmankostopem:
Każdej szanującej się babci rumuńskiej zawsze towarzyszy Tedi:
Polskość w Domu Polskim w Kaczyce:
Funia kroczy z nami przez wioski:
Traktorostopem (generatorem od-podskokowej boleści w pupach):
Nowosołonieccy panowie:

i chata:
i kot i dziecko pewnie też:
[cdn]
1 comment:
no i to się mnie podoba :] (reksio zamerdał ogonkiem)
Post a Comment