Tuesday, October 14, 2008

Rumunia, odsłona 7, ostatnia.

Słowniczek dla nieuczestniczących:
LUDWIK XVI - tak ochrzciłyśmy hol na dworcu Budapeszt Keleti. Raczej słusznie.
RACJA - w momentach kryzysowych 3 listki papieru na czynność krótką, od długiej się powstrzymywałyśmy.

[Uwaga! Na specjalne życzenie Pana Mariana, daty realne z poszczególnych dni podróży nie będą już nacechowane kolosalną czcionką.]

W Sybinie uniosłyśmy się honorem, rezygnując z pensjonatu, który nie spełnił naszych oczekiwań cenowych, chociaż nieoficjalnie mówiąc spełnił je, bo ostatecznie zaniżył cenę do 40 lei na osobę. Zlądowałyśmy w hostelu ulokowanym po środku klawości architektonicznych, zapłaciłyśmy 45 ale to co, przecież nie będziemy wracać jak zbite psy do pensjonatu. Recepcjonistka witająca – zwyczajna sucz, recepcjonistka kolejna – amatorka kina nocnego pod drzwiami dormitorni. Nie ma to jak dobry amerykański film akcji (podwodnej) puszczony na volume dla ośrodka dla niedosłyszących bardzo. No i można zrobić co 2 minuty „łaał” i „ołmajgat”. Recepcjonistka otrzymała od nas reprymendę. Jeszcze jakiś dziadek próbował naśladować chrapy Tipiego. Ale zasnęłyśmy i kolejny dzień przywitał nas nowym recepcjonistą, który wyemitował – uwaga uwaga – Bonobo, a potem również Cujo!:]
[Ficek mówi, że ostro napisałam].

23 września:
Wychodzimy obejrzeć Sybin w wersji color, który okazuje się być jednym z faworytów w rankingu ładnych miasteczek Rumunii:). Oprócz rynku i starego miasta odwiedziłyśmy targ i zagłębie Ruhry:) tzn. second handów, gdzie Magdy fundnęły sobie po kurtce i bluzie. Ponieważ w poprzedni wieczór jadłyśmy (dla odmiany) makaron, który oczywiście został na następny dzień (bo nie powiem kto chciał kupować dwie paczki:) – bez nazwisk proszę:P), wróciłyśmy do hotelu mimo przebytego check-out’u zrobić łondę i odgrzać sobie makaron, który skonsumowałyśmy z białym serem i cukrem. Jeśli chodzi o poprzedni wieczór, to spotkałyśmy grupkę Polaków w ilości 3 sztuki i to w dodatku z rodzinnych stron Magdy N. – Szczecina. Po zamęczeniu nas serią pytań co zwiedzałyśmy, czy zdążyłyśmy zwiedzić wszystkie 15 monasterów w Suczawie, swoimi wrażeniami z ukraińskiego obitego czerwoną tapicerką pociągu, opowieściami o Ukrainkach z maślanymi oczami oraz ogólnym strumieniem wiadomości, grupa pojechała do Cluju, tj. mózgu Transylwanii, a my do serca, tj. Alby Iulii.

Vinţu de Jos - Zostałyśmy poderwane przez młotkowego, który wyglądał jak brat bliźniak naszego kolejorza. Kolejorz zresztą podrywał Magdę N. oraz zwierzył nam się, że lubi flaczki. Na dworcu widziałyśmy też pół-ślepego popa, który przez 5 minut czytał swój bilet z odległości 15 cm, po czym rozmyślił się co do obranego wcześniej pociągu. Trzecim ewenementem była postać młotka, z czarnymi rękoma, papierosem i spojrzeniem niezdradzającym walorów intelektualnych.
Z Vinţu de Jos jedziemy do Alby Iulii, gdzie chcąc wydać swoje ostatnie leje próbujemy znaleźć coś do jedzenia – najlepiej tanią restauracyjkę. W tym celu zaczepiamy pewną sympatyczną babcię i stosując metody komunikacji werbalnej oraz niewerbalnej, próbujemy wytłumaczyć jej, że chcemy coś zjeść. Z początku nie zaszedł uzus semiotyczny, ale z czasem babcia załapała bluesa i za pomocą obfitej gestykulacji i innych alternatywnych metod poleciła nam restaurację o wdzięcznej nazwie Kupidyn:), która być może była tania (zgodnie z naszym życzeniem), ale niestety zamknięta od 3 godzin. W zaistniałej sytuacji weszłyśmy do pierwszej lepszej knajpy. Z początku wydawała się ok – trochę folkowo-„weselnej” muzyczki, ciepło i tanio. Zamówiłyśmy ryż z warzywami meksykańskimi. Po 15 minutach oczekiwania dostałyśmy same warzywa [w skład mieszanki wchodziły różne charakterystyczne dla Meksyku warzywa - marchew i inne]. Po napomnieniu kelnera, ów zreflektował się i przyniósł nam… chleb:) Potem stwierdził, że nie mówi po angielsku i nas nie rozumie i że w ogóle nie ma ryżu. Po zamówieniu frytek:) udałyśmy się do gwiazdki:) tj. cytadeli, starego miasta w Albie. Po drodze wypiłyśmy herbatę pod fast food’em o nazwie Fat Boy, w którym głównym składnikiem menu był zestaw familijny – fat papa, fat mama i fat boy. W cytadeli widziałyśmy pomnik bohatera narodowego na koniu, z brodą, który wg naszych obliczeń (na podstawie dat żywota, wyrzeźbionych na pomniku) miał 8 lat:)
Ponieważ pociąg do Budapesztu miałyśmy dopiero o 23, pragnęłyśmy się ogrzać gorącą ciokolatą. Niestety pani kelnerka nie mówiła po angielsku. Powiedziałyśmy, że chcemy zjeść lub wypić coś słodkiego. Pani kelnerka stwierdziła, że owszem mają coś ni to słodkiego, ni niesłodkiego [w rozmiarze kiełbaski], ale not really good:). Zrezygnowałyśmy. Ostatecznie wylądowałyśmy w pubie 13 z flagami.

Ciopąg do Budapesztu tradycyjnie się spóźnił, na szczęście nie 120+ minut. W trakcie podróży uległyśmy stanowi spaniopodobnemu w pozycji dość ciekawej. Moje i Magdy N. nogi zaplątały się w iście finezyjny sposób. Dodajmy, iż wszelakie zmiany były bolesne i skomplikowane logistycznie.

24 września:
Do Budapesztu dotarłyśmy około 6.00. Przed nami ciężki dzień. Poranek rozpoczęłyśmy od śniadania nie na trawie. Chleb z ziemniaków + najbardziej szajsowata i łondziata bryndza w naszej rumuńskiej karierze + rozdziabdziany pomidor z Penny’ego. Nie było łatwo. Gratulacje dla Furmanovej – to jej udało się zjeść najwięcej. Następnie świadomie dałyśmy się oszukać w kantorze i prawie całą kasę wydałyśmy na przechowalnię bagażu.
I tak to ruszyłyśmy w miasto mając, w przypadku moim i Ficka po około 5 zł na głowę, a w przypadku Furmanovej nawet jakaś grubsza forsa wchodziła w grę, ponoć około 15 zł. Ciokolata korciła, ale nie dałyśmy się wywieść na pokuszenie kafeteriom. Szybko się okazało, że nie jesteśmy króliczkami z baterią duracell, chociaż Fic dość długo imitował taki stan (do około 13.00 – i tu bolesna dygresja, że 13.00 przestała już być 14.00 i stała się dramatycznie zwyczajną 13.00). Po 13.00 opadłyśmy na naddunajską ławkę zrobić kącik konsumpcyjny o estetyce menelskiej (tu znowuż nie podamy nazwisk osób zawierających na swym odzieniu wierzchnim resztki aksamitnych chrupek Gusto). Nadszedł czas na łondę, czyli sentencję „to może jedźmy już na ten dworzec” (Fic).
Po okazaniu naszego wspaniałego biletu City Star, wpuszczono nas do Ludwika XVI (nastąpiła klamra kompozycyjna). Ficek wypatrzył, że mamy wcześniejszy pociąg do Bratysławy, a mianowicie o 15.30. W pociągu poznałyśmy przystojnego Niemca – Dominika, studiującego grafikę, który chodzi samotnie po górach i kontempluje. Należy dodać, że był pod wrażeniem przebytej przez nas trasy (OKLASKY!). W Bratysławie ohydne smaki dzisiejszego dnia osiągnęły zenit w postaci konsumpcji langosza (fuj!). Na szczęście pewnym rozwiązaniem dla mnie był ketchup, który trochę zabijał smak langosza:P Brawa dla Ficka, który zjadł langosza z tatarską omackou! (feee!). Magda N. nie wytrzymała psychicznie i zdecydowała się na hot-doga (bo jak to określiła – „nie wiadomo z czego taki langosz jest zrobiony, a parówka to już prędzej”:)). Później dostajemy z wielką łaską wrzątek od pani z fast food’a, potem szybka słodka chwila i jedziemy do Żiliny. W pociągu Magda Fi dogaduje się ze Słowakiem, po czym następuje intensywny sen. Z Żiliny udajemy się do Čadcy (z czego połowę drogi przejeżdżamy autobusem z powodu remontów na torach). Z Čadcy śmiesznym wagonikiem (i do tego za darmo) za namową pomocnego pana Polaka-Słowaka jedziemy do przygranicznego Skalite-Serafinov.
[już 25 września!]
Stamtąd wprost po torach usianych przez ludzkie kupy i papier toaletowy, które także polecił nam ów uprzejmy pan, docieramy do Zwardonia bez większych komplikacji – na szczęście nic nie jechało po torach, zgodnie z zapowiedzią pana, a Fickova wyposażona w czołówkę prowadziła nas dzielnie. Trafiamy na dworzec w Zwardoniu, gdzie pierwsze co robimy, to dobijamy się do drzwi pani dróżniczki ruchu po wrzątek, który dostajemy bez problemu. Wykorzystując sytuację próbujemy się także wbić jej do ubikacji, ale na dworcu zrobili łondę i nie wyposażyli pani dróżniczki w kibel. Kończy się więc tylko na umyciu zębów, a Magda N. idzie w krzoki – ale odnosi tylko połowiczny sukces:) No a teraz czekamy na pociąg o godz. 3.09 do Żywca na udostępnionym przez panią dróżniczkę dworcu (ja oczywiście, jak na lumpa przystało, leżę sobie na ławce w śpiworze, a Magdy realizują program ćwiczeń rozgrzewających z podstawówki:)
Podjęłyśmy szybko uchwałę o tym, że już można śpiewać o sępie, bez groźby kary pajacykowej, i wówczas unisono wykrzyczałyśmy duszoną w sobie od kilku ładnych dni pieśń. Ale ulga.
Czekamy (biegając) na podstawienie pociągu, który się okazał być pociągiem stojącym od 2 godzin na sąsiednim peronie (a miał być na innym), także łonda maksymalna. Kolejorz wyraził ubolewanie, że nie zainstalowałyśmy się w jego pociągu ciepłym już wcześniej, no ale bez zaproszenia wystosowania to se mógł kwilić. W pociągu warunki klimatyczne afrykańskie w istocie. W tzw. międzyczasie bukareszteński jogurt załondził samoprzedziurawiając się – tak to się musiało skończyć.
Zasypiamy w pustym pociągu, budzimy się w pełnym. Stwierdzamy, że jesteśmy w najlepszym położeniu ze wszystkich podróżujących. Na szczęście przemieszczanie się około 4.00 rano nie jest naszą codzienną tradycją i rutyną. Do Żywca przyjeżdżamy około 4:15. Wspaniale, bo pierwszy autobus jedzie za jakieś 15 minut. Do Świnnej przyjeżdżamy bez przygód. Na przystanku wita nas monstrualny pies, nie oszczędza swojego szczeku, używa go w całej okazałości. Gorzej niż w Bukareszcie! W domu zjadamy sałatkę jako wczesne śniadanie i do około 13.00 zapominamy o całym świecie.
KONIEC?

PS.: Łupież Ficka fruwa po pokoju, a fszystko [łonda kontrolowana] przez Nivea gel for men do głowy i do ciała.

Bilans - wróciły z nami:
* 3 jabłka nie byle jakie, bo węgierskie
* woda Theodora (kékkúti kutak) pytająca czy gondolta volna?
* muesli
* iaurt, który zrobił łondę w namiocie i śledzie w śmietanie
* wafle z Simbą od firmy Arslan (z Alby Iulii)
* gżiem (na który się nikt nie pokusił)
* gorące ciokolaty

Kolejne plany: Bałkany, Portugalia, państwa nadbałtyckie, Ukraina i Paryż, ale to wszystko dopiero pojutrze, bez pośpiechu i na spokojnie:)


SEKCJA WIZUALNA:

Sibiu, być może najklasze wizualnie miasto:



Witryna partii:


Targ, jak zwykle raj dla smeny:








Każdy myśli, że babuszki są takie niewinne. Ten egzemplarz jednak uposażył się w skórzaną kamizelę Metalliki (szkoda, że smena postanowiła rozmazać ten widok):


Panowie nie do końca wiedzieli osochosi, gdy kazałam im nie zasłaniać znaku:


Familija romska:


Szachy:


Pół pana wystaje z wnętrza ziemi:


Kolejorz / młotkowy, miłośnik flaczków:


Tak się je aksamitne chrupki nad Dunajem:


Z kieszeni obowiązkowo musi wychynąć RACJA, rzecz jasna z podjebki:


W Bratysławie zaczęłyśmy czuć ciężkość:




Zwardoń. Furman śpi-w-worze.


Tablicę zdobi element kampanii antynikotynowej, który nas rozbudził wywołując skurcze.


Krótka historia znęcania się nad Fickiem.
Ficek mógł zmienić kierunek biegu o 180 stopni na sygnał klaśnięcia. Sygnał długo się nie pojawiał.


Jak się pojawił, to znowuż długo się nie chciał pojawić po drugiej stronie poczekalni.


Tu pragnę pokazać obrońcom praw człowieka, że jednak klaśnięcie rozplasnęło się w atmosferze:



Teraz czekamy na klaśnięcie, które pozwoli nam wyruszyć w następną klawą podróż!

1 comment:

Anonymous said...

no i fajno, i klawo że pańcia wróciła ;]
a te bałkany to mi się marzą gdzieś tam w oddali :]