Fickowi się nie chciało, teraz musi się uczyć, dlatego na mnie została scedowana misja utworzenia notki, od której ten blog powinien był się zacząć.
Nastąpił luty 2007 i jakieś ferie, prawdopodobnie zimowe, więc cóżem mogła uczynić, jeśli nie udać się na południowe obszary kraju.
jechałam - - jechałam - - miałam ze sobą 1 parę spodni - - jechałam - - oblano mi je kawą - - pożyczono mi mydełko do zaprania - - zapierałam - - jechałam - - zapierałam - - jechałam - - dojechałam.
Przybyłam. Pan Marian powiedział, że jest klawe muzeum, więc zapadła decyzja, że się wybierzemy. Ale przecież nie z pustymi ręcami. Jakoś szczególnie nas swędziała kuchnia i przedmioty się zawierające w jej czeluściach. Do torby nam wpadła jajoubijaczka sprężynowa oraz gwiazdka/koziołek/rogałka/fyrlajka [niepotrzebne skreślić]. Mikser już patrzył i wołał "no weźcie mnie", ale M.Fi obawiała się Małgorzaty [nieużywającej nigdy miksera].
Muzeum: Zwiedzanie GRUPOWE trwało, a Magdalenki z minuty na minutę stawały się coraz bardziej niesubordynowane i zaczęły wydziwiać fotograficznie. Przedmioty kuchenne, początkowo nieśmiałe, zaczęły się aklimatyzować. Efekty:
teren jak najbardziej należący do muzeum browaru Ż.:
(tu poniżej to nawet widać muwmęt lub jak kto woli muwmą)

oraz centrum Żywca:

To była skromna - i spontaniczna - rozgrzewka. Nazajutrz zostałyśmy wydelegowane do Wrocławia, aby spędzić dobę w towarzystwie Igi. Przed snem wizja urozmaicenia podróży skrystalizowała się wśród pogłowia magdalenek zajmujących świnniczański pokój. Mimo braku oficjalnego przyzwolenia Małgorzaty, przedmiot miksujący został poddany demontażowi i ułożony w pudełku po butach firmy dajśman.
Tak, to właśnie tego wieczoru i następującego poranka poczułyśmy to, co można nazwać przedsmakiem pierwszej prawdziwej łondy - niepowtarzalnym, rozpływającym się w ustach. Łonda zmienia swoje oblicza, ale jej wykonanie staje się już naszą rutyną. Jakoś tak brakuje obaw, krępacji itepe.
Poranek. Mikser wychynął w osobowym, zaliczając kolejno dłonie ludzkie - te starsze, i te młode, należące do milusińskich.
1. - Pani, my już dwa miksery w domu mamy, nie potrzebujemy nowego.
(Proszę zwrócić uwagę na analogię do ostatniego osobnika z łondy telefonowej.)
2. Konduktor - w pracy mu nie wolno, ale zaprosił do Czechowic-Dziedzic, gdzie pragnie zapozować z mikserem nago. A Magda Fi do dzisiaj natyka się na niego podróżując:P
3. Dziaduszek zwyczajny.
4. Warszawa wraca do Warszawy, poczytując o Janie Pawle.
W oczekiwaniu na przesiadkę w Katowicach oferował siebie kolejnym osobom, będąc przyjmowanym z otwartymi ramionami, bądź odtrącanym.
5. Łowoce z nowym kamaradem.
6. Bezgłowy [na życzenie] wykładowca z ASP. Udzielił mikserowi pochwały i konstruktywnej chyba krytyki.
7. Towarzyskość.
8. Precle - pani preclowa schowała się, odsłaniając w zamian ukontentowaną babuchnę.
9. Lizaki miłosne ze swoją sympatyczną sprzedawczynią.
10. Pan z kawką.
11. "Proszę na siebie spojrzeć tak z miłością" [fic].
12. L'acordeoniste - akurat miał nie-pamiętamy-które urodziny, i poprzedni akordeon mu skradziono, ale owsiak mu sfinansował nowy!
13. Gofrofag.
14. Schody nieruchome.
15. Gołębie osaczają.
A we Wrocławiu:
16. na szczycie centrum handlowego spotkał człowieka, który prawdopodobnie z mikserami fotografuje się codziennie.
17. Szaleństwo z nami na deser.
[ejmadziu]
Monday, December 29, 2008
mikser
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment