Wednesday, May 27, 2009

chorwacja, część 3 [ost.].

23 kwietnia.
Rano wstałyśmy o dość konkretnej porze, mam na myśli raczej godzinę wczesną niż późną. Po raz następny nie udało nam się skompletować >1 składników. Musiałyśmy się zadowolić samym pomidorem (maslaka nie było), pićański ser zaginął w tajemniczy sposób (później odnalazłam go na dnie plecaka). Około 9.00 miałyśmy autobus do Poreča. Pan Domu przyszedł nam nawet pomachać, gdy już sobie w nim siedziałyśmy. Warto dodać, że tym razem nie dałyśmy się wciągnąć w opłaty za włożenie plecaków do bagażnika, wzięłyśmy je do środka autokaru i bezczelnie zajęłyśmy ekskluzywne miejsca dla byznesmenów.
Poreč przywitał nas średnio klawą pogodą, ale kiša była jeszcze przed nami. Plan pt. "znajdźmy spanie do 12.00" udało nam się wypełnić bez problemu. Idąc sobie ulicą usłyszałyśmy zawołanie typu "cho no dziewczęta". Zareagowałyśmy. Okazało się, że panowie proponują nam (nie)atrakcyjne spanie za atrakcyjną cenę. Oczywiście nastąpiła gadka na tematy naszych korzeni i ojczyzn lokalnych. Na wieść o tym, że Magda jest ze Szczecina pan postawił nam po kawie i zaczął entuzjastycznie wykrzykiwać swoje myśli,
opowiadając jak to transportował dżipem do Szczecina familiję i ich kaput auto. Inny pan siwy i na czarno farbowany poszedł w tym czasie wywietrzyć naszą sypialnię, żeby nie śmierdziało kupą. Następnie nas tam ulokowano, a po drodze na półpiętrze zapoznano z łazienką, z której ostatecznie zdecydowałyśmy się korzystać w okrojonym zakresie, z powodu fresków naściennych i podłogowych wykonanych z hovna. Nieobecność papieru zmusiła nas do wykorzystania własnych zapasów niemal w całości. Papier był, nie widziałaś? Mimo wszystko wolałam własny... Hmmm, widocznie skupiałam wzrok na freskach, coby nie naruszyć ich wątłej konstrukcji.
Pokój należał do interesujących, udawałyśmy, że nie ma na łóżku czarnego włosia ludzkiego, w zamian absorbując się kasą IBM, składem pocztówek, dziecięcym łóżkiem z kocem elektrycznym, odbiornikiem TV, który niczego nie odbierał, lustrem od Ludwika XVI ze schowkiem na papier toaletowy oraz domestosem. Ale zanim zrobiłyśmy pełny użytek z w.w. przedmiotów, podjęłyśmy około 3 próby rekonesansu na mieście, z których każda kończyła się (a niekiedy też zaczynała) kiszą. Ponieważ to właśnie ten dzień miał być terminem realizacji planu "Małgorzata i Marian karmią", udałyśmy się do restauracji Sarajevo, aby zaznać luksusu na słonecznym (u pičku materinu!) wybrzeżu Chorwacji. Zamówiłyśmy zupkę, sałatkę chorwacką i małże w sosie - oj, smakowało! Nie tylko nam zresztą (że pozwolę sobie zacytować: ooo muszeln, ja jaa gute muszeln!). Nie obyło się bez okazania braków w sawłarwiwrze. Przedmiot zinterpretowany jako sok z cytryny okazał się chusteczką higieniczną, na magdalenowych kolanach zabrakło natomiast serwety żółtej - gdyby coś z buźki się uroniło.
Po skończonej konsumpcji przyniesiono nam gratisowy likier, podobno domaće. Ucieszyłyśmy się (po raz pierwszy), gdy przyszło do płacenia - rachunek przyniósł sam pan właściciel, odmówił przyjęcia napiwku, a samą opłatę obniżył o 20 kun! Powiedział, że to zniżka dla studentów. Raczej niebywałe. Pan umiał gadać po czesku i zapewne posiadał tygielek do kawy typu tureckiego, niestety zapomniałyśmy się o niego zapytać. Po udanych przygodach konsumpcyjnych udałyśmy się na przechadzkę, aura zmusiła nas niestety do rychłego powrotu w bramy pokoju naszego ekskluzywnego. Jedyne co mogłyśmy uczynić to sprawdzić jaki odgłos wydaje klepane podbrzusze w majtkach i bez majtek. Akt ten miał miejsce w śpiworach, ponieważ nie pozostało nam nic innego jak iść się położyć i w takiej pozycji doczekać ładniejszej pogody (niektórzy nawet usnęli). Ponadto poruszyłyśmy ważką kwestię którędy wyjdzie dziecko i czy w ogóle jest taka opcja:p
Ok. 16.00 wstałyśmy, stwierdziłyśmy, że nie robimy łondy i poszłyśmy na spacer. Wyjście nie trwało specjalnie długo, ale zdążyłyśmy sobie kupić Ožujsko (a mnie się zdaje, że to było Laško) w plastiku na wieczór. Przegonione deszczem w ramach rozrywki chciałyśmy jeszcze uiścić opłaty za pokój. Pan w czarnych włosach powiedział, że skoro spałyśmy przez dzień to mamy zapłacić 10 euro, a za noc należy mu się następne tyle. Powiedziałyśmy mu co o tym myślimy i poszłyśmy do pokoju. Na wszelki wypadek pozbierałyśmy śpiwory, że niby to nie spałyśmy:P
Wieczorem nie pozostało nam już nic do roboty. Wypiłyśmy to co miałyśmy wypić i przypomniało nam się, że jeszcze nie włączyłyśmy kasy fiskalnej. Czem prędzej to uczyniłam. Okazało się, że niestety nie możemy sobie zamówić čaju, ale po naciśnięciu na knefel trójkątny maszyna wypluwa rachunek, wydając przy tym ciekawe odgłosy. Aria paragonowa została zarejestrowana na mp3.

24 kwietnia.
Rano już o ósmej nie wytrzymałam, zbudziłam Fica i zarządziłam natychmiastową ewakuację, co też zostało wykonane w stanie nieumycia i niewypełnienia czajem, z racji braku możliwości spełnienia takich zachcianek. Na dole w barze był tylko nasz czarnowłosy faworyt-wyłudzacz, który przyjął z uśmiechem po 10 euro od głowy. Widocznie dokonał przez noc jakichś głębszych refleksji czy coś. Pogalopowałyśmy na dworzec, żeby dowiedzieć się, że mamy za 90 minut autobus pożądany. O tym autobusie pogadałyśmy sobie z panią z okienka aż w 4 podejściach:P Mimo to sprawiała wrażenie opanowanej. Należy jeszcze napomknąć, że podczas spaceru po Poreču nasze oczy zakłuł napis "apartments from 8 euro", skutkiem czego zaczęłyśmy usilnie poszukiwać straconych 2 euro i odnalazłyśmy je w fundniętej przez pana kawie (1,5 E powiedzmy) oraz 50 centów w zachowanych w organizmie kaloriach, które nie uległy spaleniu w wyniku b. szybkiego znalezienia noclegu.
Po raz kolejny nie dałyśmy się wrobić w dodatkowe opłaty za bagaż w luku. Pan kierowca trochę się skrzywił i skomentował to w jakiś sposób, niestety bariera językowa uniemożliwiła nam zrozumienie. Z autobusu Magda napisała sms do Tihany (aninej kamaradki), że będziemy w Rijece ok. 13.00, odpisała że mamy na nią poczekać do 20.00. Powtórzył się marazm budapeszteński:P z tym, że plecaki cały czas były na naszych plecach, a nie w przechowalni. Najpierw poszłyśmy na kawę, cena okazała się bardzo nieproporcjonalna do jej wielkości. Następnie nasz clubbing kontynuowałyśmy w spelunce, gdzie miłość życia znalazła Magdę, niestety bez jej wzajemności. Tak czy inaczej na Krk już nie pojedziemy. Ponadto podziwiałyśmy w bułgarskim kibelku efekty nietrafienia babci:P
Następnie dokonywałyśmy obliczeń finansowych i wszystko było okej, dopóki Katerina nie napisała nam, że jednak nie jedzie do Zagrzebia (to miał być darmowy transport:P). Wymieniłyśmy jeszcze kilka euro, kupiłyśmy kruh i postanowiłyśmy się, że tak powiem, wpierdolić na stołówkę studencką (poprosiłyśmy jedną dziewczynę o pożyczenie karty, żeby mieć zniżkę - popust za studenty). I tak zleciało do 20...

CHWILA POWAGI [bez żartów]: w miejscu zbornym magdalenowo-tihanowym (pod mieszkaniem Any) lekarze się pojawili, ponieważ przywieźli babcię i wnieśli ją na krześle do domu - Magda widziała tylko nogę, a ja całą babcię. (po przeczytaniu wybuchłam śmiechem).
Machająca Tihana nadeszła i okazało się, że nieświadomie zaszła dość sroga łonda, albowiem Ana jakoś niezbyt precyzyjnie Tihanę poinformowała KIEDY i CZY wpierdolimy się jej na chatę. Wyszło na to, że przerwałyśmy tihanową bytność w rodzinnej wiosce, do której w czwartek pojechała, a w piątek już musiała wracać w celu magdalen ugoszczenia:] Stwierdziłyśmy, że dwie krówki nie oczyszczą nas z grzechu, więc postawiłyśmy na stoliku wino - Tihana jednak jest osobą bezalkoholową. Żeby tego było mało, Tihana zrobiła naleśniki i trochę ją z nich obżarłyśmy (choć podobno "no problem"), na szczęście przed przyjściem kupiłyśmy dżem (wg pierwszej zasady łondziarza) i dobrodusznie ofiarowałyśmy go jako nasze wiano.
Tihana, studentka teologii, chciała nam zaprezentować swoją kolekcję przebojów (jak się okazało polskich) - posiadała płytę z zapisem koncertu Rubika - uświadomiłyśmy ją, co to znaczy...


25 kwietnia.
Rano zostałam zbudzona przez Magdalenę, że to już niby 10.00. Umyło się, ubrało i zjadło (specjalnie mało, bo planowałyśmy następną wyprawę do INDEX'u - stołówki studenckiej).
Opuściwszy ostatnie gniazdo, udałyśmy się w kierunku dworcowo-stołówkowym, chociaż nie wiedziałyśmy, gdzie taki kierunek się znajduje. Nie szkodzi - jak to zwykle bywa w takich sytuacjach pojawił się opiekun dla nas (sam się oferując), który może i nawet z Miami pochodził. Zaprowadził nas gdzie trza i zawitałyśmy do Indexu zrobić łondę drugi dzień z rzędu. Łonda tym większa, że się okazało, że studenci mają na swoich kartach specjalne punkty stołówkowe na miesiąc każdy, a my już trzeci raz je komuś wyjadłyśmy. No cóż. Obiad musi być.
Pociąg przyjął nas do swego wnętrza, którego tym razem nie musimy opuszczać w międzyczasie. Dzięki temu swobodnie przyrządziłyśmy kanapki z maliną. Ponadto można się fajnie bawić w znikanie z przedziału podczas tkwienia w środku jakiejś góry. No proszę, w zasadzie doszłam do czasu bieżącego! W przedziale lekka rozpierducha i sytuŁacja, że serce klęka - analizujemy aktualnie dylemat dnia: czy Milan przyjdzie w Zagrzebiu na dworzec. Takie przyjście pociągnie za sobą konieczność kupienia oleju dla Ivana, aczkolwiek bardzo chciałybyśmy zobaczyć klawego Milana. Jeśli chodzi o olej, no cóż, nie chcemy by Ivana znowu spotkała taka bezręczna sytuacja, iż przyjeżdżają goście, chcą robić placki ziemniaczane, a tu brak kujawskiego. Zaznaczamy, iż jesteśmy wyposażone w zestaw 5 gumek do zmazywania ze zwierzątkami, firmy Milan. Honoru resztki w gumicach.
Milan jednak przyszedł, spotkaliśmy się pod Tomislavem i jego kuniem. Wręczyłyśmy gumki i zaproponowałyśmy wyprawę do spożywczoka (po olej). Magdzie chciało się także rarytasów. Zabrałyśmy olej z promocji, który okazał się (przy kasie) olejem niepromocyjnym, co doprowadziło do kolejnej łondy - zabrakło 2 kun. Milan okazał litość:] Zakupiony olej wzręczyłyśmy nieco zmieszanemu Milanowi, żeby przekazał go Ivanowi. Po kilku minutach Milan jednak odkrył bogate walory posiadania oleju słonecznikowego. Następnie usiedliśmy pod dupą konia i czekaliśmy na godzinę zero. Gdy zbierało się na rychłe jej nastąpienie postanowiliśmy przemieścić się na glavni kolodvor. Jako że trzeba było najeść się na zapas, zrobiłyśmy picnic country w poczekalni. Tym razem zagubiony został pomidor, nie odnalazł się niestety do tej pory... Autobus podstawił się punktualnie, także po pożegnaniach i próbach zaproszenia Milana do PL wsiadłyśmy do autobusu. Zajęłyśmy lanserskie miejsce w tyle. Niestety po kilku minutach dosiadła się do nas romantyczna parka, która przez całą drogę dostarczała nam wątpliwej jakości wrażeń akustycznych.

26 kwietnia.
Spałyśmy co nieco, nawet w pozycji na kulkę, z głową wbitą w ścianę. Nahle nas wysypano oznajmiając, że to co nas otacza to Brno. Rezydujemy na hlavni nadrażi, odliczając minuty do przyjazdu kibelka na kółkach:]



Oj, wygląda na to, że zostałam sama.
Postanowiłam tym razem przesiąść się raz a dobrze, czyli chyba niestety w Kędzierzynie-Koźlu. Coby nie zasnąć przez 2 h 45 min., zarządziłam sobie prochazkę po mieście. Zużyło się trochę kliszy, m.in. na walające się futro z młota. W przypływie lata szarpnęłam się na lody, z którymi przycupnęłam na schodku, by natychmiast zostać wypatrzoną przez cygankę (stojącą po drugiej stronie ulicy) jako materiał do wróżenia. Mimo intensywnej odmowy przyjęcia usługi dowiedziałam się, że jestem zawistna w miłości i nerwowa, ale będę miała w uczuciach szczęście, a ponadto samochód i zagraniczny wyjazd. Cyganka oświadczyła, że nic jej za tę fatygę płacić nie muszę, ale żebym z dobrego serca 2 złote dała. Musiałam jej 5 minut tłumaczyć, że nadmiaru gotówki nie posiadam. SytuŁacja usadowiła mnie w barze dworcowym, w którym zamówiłam zapiekankę i nie była ona z mikrofali, także klawo, c'nie? Można tu zamówić jeszcze takie rarytasy jak: ziemniaki z tłuszczem, ziemniaki z wody, gulasz z serc, gulasz z nerek, płucka w sosie kwaśnym lub bigos popularny. Dostałam nawet bez roszczenia pretensji wrzątek, szkoda tylko, że sobie przypomniałam, że nie domyłam kubka po rosole z kury:P dzięki czemu mam unikatowy czaj z oczkami.

Wsiadłam do Światowida. Trzykrotne pojawienie się Eugeniusza ustanowiło klamrę kompozycyjną. No to koniec.




SEKCJA WIZUALNA:

Poreczańskie zakazy:


Utarg:


Cząstka sesji wewnątrzpokojowej poreczańskiej.
Łóżko dziecięce dla bezdzietnych magdalen:


Owoce kiszy:


Nasz kompan teleodbiornik:


Kawki, herbatki?:


Ukryty przekaz:D


Teleodbiornik na bis:


Coraz bliżej zbawienia:p


Zabijanie godzin w spelunie w Rijece. Pisanie wspomnień:


Zabijanie godzin c.d., tym razem w pobliżu portu:


Pan, który myślał, że jesteśmy z Holandii i jego przechodzenie przez płot w dwóch aktach:




Panie z telewizji + kobiecość, razy dwa:








Babuszka dużo nam opowiadająca i zrozumienia braku nieświadoma:


Kontenery:


Złamanie kręgosłupa:


Wariacje klamerkowe (tak, po raz n):


Ruf miś an:


Istnieje przypuszczenie, że to Gloria (Tihanowa kamaradka) żonglująca:


Nazwijmy to spichlerzami:]


Ale fajna czcionka!


Milan ze Zvijezdą:


1 comment:

Anonymous said...

no to klawo, że tak się wyrażę ;]