Monday, May 4, 2009

Chorwacja, część 1.




Magdaleny szt. 2 wybrały się odwiedzić słowiańską brać. Tradycyjnie przed Wami zapiski podróżnicze. Kolorystyka osobowa nie uległa zmianom: ejmadziu, ojacieniemoge.




17 kwietnia.
Raz dwa trzy próba długopisu.
O 6:04 podróż rozpoczęta przez ½ Magdalen. Reszta ma wskoczyć w Přerovie niemariańskim. Póki co brak sensacji. Grono młodych naukowców jedzie na olimpiadę, dzięki czemu nie mogę leżeć w przedziale. Babuszka będąca na stanie (stan zastany o 6:04) robi całą trasę Światowidem, w związku z czym pozwoliła sobie ubrać futerkowe papucie kąpielowe. Sączy herbatę ze słoika (słoja w zasadzie). Lody w Przemyślu czekają:]
Od konduktora w stanie wskazującym dowiedziałam się – zadawszy dwukrotnie pytanie – że ponoć zdążę na przesiadkę. Rudy Eugeniusz właśnie po raz trzeci zawitał u progu przedziału z wózkiem (kawkaherbatkanapojesłodycze). Dwa miesiące temu Eugeniusz miał na imię „uczę się”.
14:05 vlak do Bohumina: miła podróż przy akompaniamencie hyphopa, że zacytuję: „Elo zią, zbudujmy naszym dzieciom lepszy dom”.

Dokument istotny:



Po odczekaniu kilku minut (by ręce z naładowanego do przesady kremu mi wyschnęły) jestem gotowa, by oficjalnie potwierdzić swą obecność. Także:
- Magdalena Ficek?
- Jestem!
(symulacja szkolna – sprawdzanie stanu klasy)
Aktualnie znajdujemy się na nádraží w Brnie. Oczekujemy tu na autobus, który to dowiezie nas do Zagrzebia. Jesteśmy już po 1 ciemnym koźle i nakładanym hermelinie. Miałyśmy się opić, by łatwo zasnąć w autobusie, ale wygląda na to, że nasz plan się nie powiedzie (tzn. w kwestii znieczulenia się). Chciałyśmy ulokować się w zapyziałej hospódce, ale niestety nie udało się. W drodze do baru u Formana (pozdro dla Furmana!) musiałyśmy odwiedzić 3 inne miejscówki, niestety albo one nie spełniały naszych oczekiwań, albo my ich.
W każdym razie popularny okazał się motyw karteczki z REZERWACJĄ jako narzędzie wyjebki Magdalen z lokalu (nie spełniają one najwyraźniej wizualnych standardów – strach pomyśleć, co będzie w restauracji na Istrii* [*sponsor generalny – Małgorzata & Marian]). Pytanie do publiczności: gdzie jeszcze pani Mama lubi jeździć i wykazać w związku z tym gotowość do opłacenia nam restauracji?

18 kwietnia.
Autobus spóźnił się tylko godzinę (więc nie może konkurować z pociągiem z Budapesztu [we wrześniu 2008]). Drobnym mankamentem był fakt, że zostałyśmy poddane wypizganiu w oczekiwaniu na, ponieważ brodacz powiedział wypierdalajcie z poczekalni, po czym sam się w niej zamknął, usiadł przy szybce i ostentacyjnie ziewając, pokładał się na ścianach. Pobierał łapówkę 6 kč za potrzeby fizjologiczne. Czeski humor.
Wygniotłyśmy się w pozycjach raczej siedzących, a teraz czekają nas wczasy na granicy słoweńsko-chorwackiej. Jeszcze pamiętam, gdy kilka minut temu śmiałyśmy się z tego, iż śmiesznie by było utknąć na ziemi niczyjej (w dodatku bardzo ładnie tu), nasze marzenie się ziściło dzięki panu bezwizowemu. HVALA LIJEPA!:D
Zaapelowano do pasażerów o 200 euro, ale nikt się nie poderwał do czynu charytatywnego. Ostatecznie kierowca postawił panu wizę ze swojego kieszonkowego i pojechałyśmy prawie z łezką w oku, bo pogranicze przypadło nam do gustu.
Do Zagrzebia przyjechało nam się ok. 10.00. Z Milanem umówiłyśmy się na 10.30, także miałyśmy co nieco czasu na manewry wszelakie. Przygotowałyśmy laurkę powitalną napisaną w języku tamtejszym (BOK MILAN!) z elementami 3D (banan imitujący uśmiech), do którego domalowałyśmy oczy + rzęsy gratis. Milan znienacka pojawił się na ławce, ahojnęliśmy sobie. Następnie zdelokalizowaliśmy się do domu jego kolegi, Ivana. Na miejscu zastaliśmy chomika o imieniu z kreskówki – nie wiem jakiej. W mieszkaniu zjedliśmy to i owo, wypiliśmy polskiego plusza (z toastem) i poszliśmy na miasto (przedtem się jeszcze zdezynfekowałyśmy). Chorwaci robili ciemne interesy z Chorwatami innymi, którzy mimo znajomości języka angielskiego (o czym się dowiedziałyśmy później) nie pokwapili się o konwersację z nami.
Wymieniłyśmy trochę kasy w szemranym kasynie (ja sobie uświadomiłam, że w ogóle wzięłam chyba trochę za mało, hm… łonda raczej) i szarpnęłyśmy się na piwo za 16 kun, co było szaleństwem w naszej sytu(Ł)acji. Jako, że chciałyśmy uniknąć dalszego wydawania piniążków, udałyśmy się na przechadzkę zdjęciową. Jak się później okazało ja robiłam zdjęcia, podczas gdy film był sobie spadnięty w aparacie. Raczej miłe… yh (żal.pl). W tym czasie Milan i Ivan wypili po 2 następne piwa. Po konsumpcji udaliśmy się do sklepu, gdzie odkryłyśmy magiczne wózki dwufunkcyjne – opcja do noszenia w ręce oraz do ciągnięcia za sobą (typu jamnik) – very impressive!
Wieczorem konsumpcja czegoś w stylu sałatki z tuńczykiem (zestaw lorry driver) ze sporą ilością bosiljaka. Dygresja dotycząca ciekawych patentów ivanowego lokalu:
1) łaźniosrocz: trzy razy bardziej pionowe niż poziome pomieszczenie, zawierające kibelek i umywaleczkę wyposażoną w słuchawkę prysznicową. Z uwagi na minimalistyczny metraż, możesz wykonywać czynności fizjologiczne i higieniczne naraz! Weź pod uwagę problemy logistyczne. I uważaj na kibelek strzykający z tyłu wodą po spłukaniu (spłukanie wymaga przekształcenia kibelka w drabinę o ile jesteś niewysoką Magdaleną).
2) Wieprzek z pyszczkiem w lodówce – 10-kilogramowy mięsny podarek od szefa firmy. Niestety czas uczynił swoje i wieprzek pokrył się tu i ówdzie białym puchem.
Nastąpił oczekiwany przez co niektórych moment ułożenia się do snu, a następnie nieoczekiwanej pobudki:P

19 kwietnia.
Się okazalo, że jest opad atmosferyczny. Umówiłyśmy się z Milanem pod mężczyzną na koniu. Podążyliśmy do Galerii Sztuki Współczesnej. Przywitała nas rzeźba bez głowy, która jednak tę głowę miała, a następnie obraz z dziadem-dostojnikiem, który nie miał prawej ręki, lecz ponownie – ku naszemu rozczarowaniu – okazało się, że tę rękę ma, tylko gdzie indziej. Trzymał nią dłoń niewiasty. Ą żeneral sporą część kolekcji stanowiły jak najbardziej niewspółczesne/niemodernistyczne dzieła, w tym i kilka koników (zawierających na grzbietach dzielnych mężów stanu) się znalazło. Ponadto wypierdolili nas bez skrupułów minutę przed 13-stą. Nastał czas na załatwienie czynności dworcowych – zrobiłyśmy trasę z kolodvoru vlakowego do autobusowego i z powrotem. Po niegodnych opisywania ceregielach zaopatrzyłyśmy się w stosowne bilety (choć warto nadmienić, że sytuacja z panią od międzynarodowych autobusów była niemal podbramkowa – dobrze, że był Milan:p). Następnie szarpnęliśmy się na truskawkowego loda na patyku Rumenko.
Zapomniałam napisać, że różnorakie dziadki nie pozwalają zrobić sobie zdjęcia, aczkolwiek odmowie towarzyszy uśmiech.
Odwiedziłyśmy także dimnjak bardzo dostojnie górujący nad byłą fabryką cegieł (jeśli dobrze pamiętam). Obok murów stał sobie samopas piec, Milan podjął się czynności kuchennych i podjął wyzwanie wirytualnego pieczenia placka:]. Poszło nam się też na torowisko gdzie stały zdezelowane, stare pociągi oraz pełzały ślimaki w sporej ilości. Aha, warto nadmienić, że udało nam się zjeść gadającą kanapkę (pomidor posiadał tę umiejętność) jeszcze rodem z Czech.
Po zakończeniu czynności formalnych (i zobaczeniu Hanki Bielickiej na lekach z Plivy) udaliśmy się do ogrodu zoologicznego, ale niestety nie było nas stać na oglądnięcie słonia.
Udaliśmy się do wybrakowanego sklepu w celu nabycia asortymentu do placków ziemniaczanych. Udało się nabyć niby to śmietanę, ziemnioki oraz mąkę z akcyzą:D Natomiast brak czosnku oraz jaj. Powrót do domu znacznie utrudniła grupka kanarów, mających spotkanie socjalne na przystanku naszym. Dlaczego wsiadali tylko do kolejnych egzemplarzy tramwaju nr 6 pozostanie dla nas zagadką. A kind of łonda situation.
Gdy udało się szczęśliwie dotrzeć i szczęśliwie zetrzeć ziemnioki i inne składniki (na tarce z plastiku), wyszedł na jaw brak oleju. Co prawda Ivan miał pół butelki oleju z pestek winogron, jednak swoim stanem przypominał on kondycję wieprzka (który w międzyczasie wziął i znikł z lodówki). Zarówno brak czosnku jak i oleju został zlikwidowany dzięki trzykrotnej wizycie u (zapewne ukontentowanej) sąsiadki.
Placki ziemniaczane zrobiły się i zjadły się (coponiektóre). Chorwaci nie zjedli specjalnie dużo, ale podobno im smakowało. Po konsumpcji razem upajaliśmy się muzyką lokalnych artystów, my prezentowałyśmy twórczość Krawczyków, Rynkowskich i Wiśniewskich, a w zamian dostałyśmy Mišo Kovača oraz cajkę w postaci 17-latka w czarnym mercedesie. Odično! Zrobiło się dość późno, więc zaproponowałyśmy Milanowi, żeby spał u nie nas. Niestety, w nocy obudziły nas biegi przełajowe chomika oraz milanowskie chrapy. Chomika pozostawiłyśmy w spokoju, Milan dostał pieprzem w głowę i się uspokoił.


SEKCJA WIZUALNA:

Stritart:


Wyrzucają. A mogli nas nakarmić:]


Babuszka kwiatowa:


Babuszka transportowa:


Bez kitu!


Klawe napisy:


Sponiewierany:


Szachiści:


Wieprzek ivanowy:


Groźby:


Milan nielubiący przebywać na zdjęciach:


Vlak w krainie ślimaków:


Fic pozoruje miłość do chleba:


Milan piecze:


Fabryka:


Dokarmianie kun:


Bez względu na aurę:


Klasyk:


Kompresja urządzeń u Ivana:



cdn.

Thursday, April 30, 2009

zaklęcie

Chorwacjo, chorwacjo, opisz się, a w zasadzie się przepisz, bo jesteś opisana już ręcznie, hej!
[zdjęcia, zdjęcia, zmniejszcie się, się wklejcie]

Thursday, March 5, 2009

o tym, jak zaczęłam pisać pracę magisterską

[wykonawszy łorda otwarcie pod presją i nakazem]

Praca magisterska ejmadzina:

Reksio siedzi na moich plecach i dzierży wielki kręty sznurzasty bicz [żebym pracę pisała], który ze świstem raz po raz przemierza szlaki podsufitne przestrzeni pokoju mego. Hddży! Hddży! Ajlowju! Bicz okazuje się śpiewający ku rozrywce. W tle szemrzą także dźwięki niezidentyfikowanej dyskoteki – przejście – ładne przejście! – maj hart, tunajt. Pan wokalista obdarzony jest głosem rozkosznym a romantycznym, o pobrzmieniu płci niesprecyzowanej naukowo. Ładny tembr głosu skaził atmosferę, która wcześniej została przygotowana sumiennie wonią spacerujących swobodnie po dywanie skarpet, 2 sztuki finulowych, a reksiowych 4, bo taka jest jego metoda stosowana. Na szyi czuję ni to palce, ni to grabie ogrodnika, czeszą mi one również resztki sierści na mózgu. Grabie próbują mnie oszukać, że robią mi masaż relaksacyjny. Tymczasem wykonują dyskretne ruchy zaciskające wokół gardła finulowego, z ukrytym zamiarem dokonania morderstwa w ten ciepły, przedwiosenny dzień. Czuję też przyssawki tasiemca, o wrażeniu aksamitnym, ale i złowieszczym. Sierść nadal poddawana jest zabiegom, zaczęły w nich również partycypować uszy, z całą swoją małżowiną i narzędziami rzemieślniczymi typu kowadło, młot i sierp. Tasiemiec nie próżnuje, mam szczęście, że nie wyciągnął jeszcze zza pazuchy haczyków. Macki okalają moje podbrzusze z nadbrzuszem, mimo mego nieposiadania zagłębia bawełny pępkowej. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta i mroczna, zmierzch zapadł i nie chce zmienić tej pozycji. Teraz uda stały się obiektem zamachów terrorystycznych niezidentyfikowanej siły ni to wyższej, ni to niższej. Może ufoludki obdarzą mnie chociaż numerami od 1 do 6, żebym mogła wygrać milion w lotka, jak pan Kazimierz. Czuję ruchy okalające aparatury smyrającej, nastąpiły okoliczności quasi-intymne. Proszę mnie uratować. Jeszcze brakuje mi około 79 stron pracy magisterskiej. Ale reksio jest ze mnie bardzo dumny i prawie wyszczerzył kła na tę okoliczność, ponieważ praca niniejszym się zainaugurowała.

Reksio se zobaczy autobus w szufladzie - stwierdził, uczynił i zniknął.

[ejmadziu]

Wednesday, March 4, 2009

żelazko!

Nowy Rok postanowiliśmy świętować w naszym ulubionym środku lokomocji- najukochańszym tramwaju. Przypadkowo został idealnie przystosowany do wszelakich łond robienia, doskonała anatomia wozu pozwoliła uczynić nam coś takiego.



Ale może po kolei (po tramwaju)

Zaczęło się bardzo niewinnie (jak zawsze), czyli pokazowe prasowanie przejścia podziemnego (akwizycji nie uprawialiśmy). Kornik i Furmanová jako mistrzowie ceremonii ukazały przechodniom „how to do”.



O naświetlenie zadbał ziewający Furman.



Następnie przenieśliśmy się do tramwaju, oczywiście była z nami i maszynka. Przeżywszy jeden aktywny dzień była zbyt zmęczona by mielić pierwsze skrzypce także 1 stycznia. Leżała sobie spokojnie, a ludzie na nią nieustannie musieli uważać.
(cytaty z notesika ejmadzinowego)
"co to jest jakiś tramwaj widmo? uwaga na maszynkę, te dzieci robią sobie jaja, nie widzisz to?" - pani starsza
"dziadek kopnął światło i nie podniósł go z powrotem."- obserwacje ejmadzine

Punktem kulminacyjnym wydarzeń maszynkowych była REAKCJA (to kochamy!) pana motorniczego. Po gromkim zapytaniu się czyje to jest i zaproponowaniu by sobie po prostu jaj nie robić- przystąpił do akcji. Żadnej litości nie było! Nasze fetysze najukochańsze wylądowały w koszu tworząc wspaniałą kompozycję artystyczną.




Niestety, w domu odkryliśmy pewne uszczerbki na zdrowiu żelazka. Ostatecznie okazało się, że maszynka nadal działa i wciąż jest zdolna do czynności prasotwórczych.



Teraz czas na zdjęcia reprezentacyjne:



Maszynkowe podobieństwo do kapliczki całkowicie przypadkowe. Autorzy instalacyjki (elektr/ artyst ycznej) nie ponoszą odpowiedzialności za doznane szkody moralne. Mam nadzieję, że nikt naszego działania nie posądzi o świętokradztwo czy też profanację obiektów nie religijnych.

Wpis powstawał kilka tygodni w bólach i potach, ofiaruję go pod same nogi Szczecina by się odhovnił jak najprędzej.

w łondzie brali udział: ejmadziu, Kaśka z pomarańczem, Kornik, Furmanová, ojacieniemoge i reksio. pozdro szejjset.

[ojacieniemoge]

Monday, February 23, 2009

ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Dzień dzisiejszy okazał się dość stratny, wręcz obfitujący w zaginienia. Aktualnie poszukujemy:
- pociągu do Brna o 9.06 z Ołomuńca - zaginął w okolicy peronu 2 na hlavní nádraži. Rysopis poszukiwanego: długi, pociągający.
- talerza typu ikea na porcję dla kierowcy tira - zaginął po śniadaniu w nieokreślonych okolicznościach w sytuacji odpoczynku po myciu albo podczas odprawy ejmadziu przez ojacieniemoge na pociąg*, który też jest poszukiwany (patrz wyżej)
Rysopis poszukiwanego: kremowy, nakrapiany (nakrapianie nie każdy spostrzega), płaski, przykładowa pojemność: 1,5 - 2 rohliky
- nóż - okoliczności zaginięcia jak w przypadku talerza nakrapianego.
Rysopis poszukiwanego: drewniana ręko-jeść, raczej ostry jeszcze, średnio-normalny wymiar.
- opiekun dla Magdalen - nie tylko w tętniących życiem miastach, ale i w domowym zaciszu, do asysty w prostych czynnościach kuchennych i życiowych

Przedmioty już znalezione:
- talerz tęczowy - cudowne odnalezienie się na lodówce, mimo iż każda z nas miała go w trakcie jego poszukiwań w rękach co najmniej raz, a ejmadziu źarła z niego palaczinka, co nie przeszkodziło w jego niezauważeniu

*odprawa nie powiodła się

[ejmadziu + ojacieniemoge]


Z ostatniej chwili: uruchomiłyśmy infolinię. Pomóż!




Friday, January 23, 2009

postanowiliśmy się zmielić.

Zachęcone pozytywnym fidbekiem, mimo okresu sesyjności musimy kontynuować wątek maszynki, zarysowanej niejasno na tle sylwestrowego nieba. Wszak nie możemy trzymać populacji łondonautów w napięciu przez okres miesiąc +.

Zamysł narodził się w zamierzchłej przeszłości. Ostatnio wskrzesił się i co najważniejsze - zmaterializował! A nie było to łatwe.

9 grudnia:
ejmadziu: jakieś strzępki wiadomości radiowych zasłyszałam - kartofel rekordzista znaleziony niewiemkiedy i ONZ ustanowiła rok ziemniaka! niewiemkiedy
ojacieniemoge: widocznie wyznaczamy trendy. przez to spada oryginalność tego, co robimy
ejmadziu: może jak znajdziemy i zrobimy tę maszynkę do mięsa to żadna organizacja nie ochrzci nią roku
ojacieniemoge: haha! zupełnie o tym zapomniałam!


31 grudnia:

Punkt zborny: Szczecin.

Frakcja południowa przemnożyła się przez cztery! Ostatnio podróżujemy do siebie w liczbie coraz bardziej mnogiej, nie rozumiemy zatem dlaczego pekape decyduje się na podwyżki cen. W dodatku grono w składzie Magda Fi, Furmanova, Kornik i Kaśka to zaledwie trzon ekspedycji. Dziełchy wzięły ze sobą dwoje podopiecznych, prosto z kornikowej piwnicy: maszynkę do mielenia oraz żelazko - oboje z epoki głębokiego komunizmu. O ile maszynkę cechuje pewna wizualna odrębność wewnątrzgatunkowa, na temat żelazka każdy mówi tylko jedno: "miałem kiedyś takie same". Co oczywiście go nie deprecjonuje. O tym, jak wspaniałe instalacje przestrzenne można zbudować z jego czynnym udziałem, dowiecie się w następnym odcinku. Niniejszy poświęcony jest maszynce.

[O tym, jak przebiegła podróż w przedziale wcale nie dla matki z dzieckiem, dowiecie się spod palców M.Fi.]

Wieczór: Południe scaliło się z Północą [ja + Reksio], po czym wydarzenia rozwinęły się następująco:

1. Wspólna wieczerza zwieńczona naukową burzą mózgów przy asyście elementów terrorystycznych. Pojawił się dzięki niej szkic techniczny łondy.





Odzienie cytrusów stanowiło naszą materię na przemiał:


2. Przygotowania: jedyna osoba w gronie, władająca rzadką dziś umiejętnością pisma technicznego, wykonała transparenty.



Na zewce zapowiedziano mrozy, należało dostosować odzież do sytuacji. Prócz banalnego motywu dwóch par skarpet, chętnie wykonano egzotyczne manewry:


Najlepiej wypadł Fic. Wniosek oczywisty - w celu uzyskania efektownego manewru, należy użyć kontrastujących kolorów i zaimitować ciężarność.



Pod pachę zabraliśmy tablicę szkolną i wyruszyliśmy.

3. Podróż z przesiadką, na której już zimno dało się we znaki, musiało więc zostać przepędzone mieczem z gwiezdnych wojen. Jednocześnie maszynka została poddana rozgrzewce, 12 sztuk nóg ludzkich również.




Podczas przemarszu z przystanku na przystanek, nadano nam tożsamość. Przechodnie szepnęli, że "to ci od tej inscenizacji".

4. Tramwaj.



Pojawiły się pierwsze miny, niewiedzące jak się ustosunkować do niełatwej sytuacji.



5. Sylwester miejski w Szczecinie. Wszyscy szczęśliwie dostali się na teren imprezy. Maszynka również - przecież nie próbowała wnieść alkoholu. To, że mogłaby pobić i zmielić setki szczecinian, nie zostało wzięte pod uwagę.

Zgodnie z prognozą, pojawiły się media, w kolejności: radio, gazeta, telewizja. Mimo wcześniejszych ustaleń, staliśmy się materiałem reportażowym dla dwóch pierwszych (trzeciej odmawiając). Nieumiejętne podejście reporterów jednak znowu nas zawiodło. Informacja na przyszłość dla mediów: pamiętajcie, aby promować łondę, a nie nas.





Przegląd wybranych partycypantów:
a) babcia, która wyznała jednej z nas na ucho, że też zajmuje się mieleniem zła!



b) pan artysta, dużo mówił, ale nie wiadomo dokładnie o czym. przekaz był m.in. taki, że może zainspirują mnie jego fotografie, znajdujące się w stawie w parku. mielił jednak chętnie:



c) panie - chyba nawet były zadowolone z własnego mielenia:


d) do czego to doszło - do błagania o zmielenie! o ile pamiętamy, bezowocne


e) państwo, którym złożyłam (na cztery) życzenia, ale chyba nie zrozumieli:


f) para, której Kornik złożył życzenia, ale ponownie nie nastąpiło zrozumienie:


w tym momencie Kornik wykonując origami życzeniowe wydobył z siebie maksimum, sylabizując frazę i każdą sylabę okraszając akcentem (SKŁAAAA-DAAAAM ŻY-CZEEE-NIA, TAK? SKŁAAA-DAAAM NA CZTERY), niestety - na próżno, ale mimo wszystko u pani wystąpił pewien stopień zadowolenia (pomieszanego ze stresem)

Gdzieś tam po drodze zmieniła się data, maszynka się wówczas nieco uniosła:


a my dalej mieliliśmy i składaliśmy życzenia, już w sumie niebardzo wiadomo komu



6. Powrót - ostatnie podrygi maszynki w autobusie.




7. Godzina 1.37, otwarcie ruskiego. Następnie spożycie wina, bardzo mizerne.


Szwedzki stół:


Widzimy na nim 6 kieliszków, co się następnie uszczupliło za pomocą nogi czyjejś:]

8. Kładziemy się spać, oczywiście dopiero po umyciu ząbków i gimnastyce, bo niektórzy chcą mieć łydki.



Wycinek prasowy:
"Na Błoniach w maszynce do mięsa można było zmielić smutki i złe rzeczy starego roku.
- Myślimy, że warto, by nowy był radosny, lepszy - wyjaśniają studenci Magdalena N. i Wojciech B."

Cokolwiek.


[ejmadziu]