Tuesday, October 7, 2008

Rumunia, odsłona 3 [z domieszką Mołdawii].

Słowniczek dla nieuczestniczących:
WINOGRONKA – niby zwyczajny łowoc, a jakże nas bawi. A to wszystko dzięki postaci czeskiego Tomaszka, którego nie poznacie prawdopodobnie. On je bardzo lubił.
SZKŁO I TAKIE TAM - wystąpiło już wcześniej. I to jest wykręt przed wszystkim generalnie, przed udzieleniem nam pomocy lub dostarczeniem rozrywek, przed wszystkim!

[makulatura bezwiednie sponsorowana przez Dom Polski w Suczawie]
13 września:
U Jadzi ciąg dalszy. Oczywiście musiałam zapierdalać w nocy do wychodka, a dziewczyny wygłaszały przemówienia przez sen.
Poranek – transport busem do Suczawy, w zamykanie drzwi bardzo zaangażowała się babuszka z powerem. Łomatko, jaka ta Suczawa nieapetyczna. Architektura zdominowana przez bloki z autobusowymi szybami z opływowym kształtem ciała. Obiad: wodo-ciorba w świecie mebli na trzeciej wersji trzeciego piętra centrum handlowego. Nie wiedziałyśmy, czy przysługiwało nam prawo do podjebania bułki (wykonałyśmy to). Wszędzie czaiły się infradźwięki.

Dom Polski w Suczawie to jedna wielka porażka (nawet krasnale nas tam nie przywitały, totalna pustka i niepozamykane biura:)) – widziałyśmy jak panowie robotnicy rozkładają scenę i zabrałyśmy karteluszki oraz Polonusy, miałyśmy też chętkę na podręczniki do nauki polskiego dla obcokrajowców ze zdjęciami sprzed 20 lat. No i było szkło i takie tam:) Zwiedziłyśmy targowisko z winogronami:) Bilans dzisiejszego dnia – 2 kukułki w plecy dla pań ekspedientek (które śmiały się z nas jak poprosiłyśmy o najtańsze wino i wraz z resztą dały cukiereczka). No nic tylko upić się przed telewizorem… W telewizji folklor a dziś jest dzień straży pożarnej.
Profilaktycznie włożyłyśmy w siebie po coldrexopodobnym produkcie, wszak nie wiadomo jak mogłoby się skończyć 5-godzinne bezcelowe chodzenie po zadeszczonej Suczawie. Jeśli chodzi o ATRAKCJE to zobaczyłyśmy jeszcze jeden monaster. 10 innych – odpuściłyśmy sobie. Szczerze mówiąc – niemrawo tutaj. Może dlatemu na jutro wymyśliła się Mołdawia (zamiast trasy Iași – Konstanca).

14 września:
Poranek – że niby chciałyśmy ukraść pilota z Villi. No akurat. Okazało się, że dworzec suczawski co dzień wygląda inaczej:]
Suczawa – Iași:
Vlak o wysokiej frekwencji, panowie i panie ze skarpetami przodującymi z zuzankowymi w rankingach UNESCO. Dominowała interesująca prasa – przerost obrazka nad słowem, dwudziestosześcioletnie dziewice itp.
Iași:
Słowo ciałem się stało i nieoczekiwany zwrot akcji został wcielony. Busik do Kiszyniowa (25 lei rum.) i w 3h jesteśmy na miejscu. Puste ulice, ale mimo to na drodze 1 wypadek. Nawet krew się polała komuś z noska. W Kiszyniowie na dworcu dwaj panowie tańcują w rytm lokalnych przebojów. Próbujemy skomunikować się z kimkolwiek umiejącym j. angielski. Ludzie uciekają, robią dziwne miny lub wydają nieartykułowane dźwięki. W końcu zaprowadzono nas na kwaterę prywatną (25 euro za 3 os.). Wspaniale wytapetowane i wydywanowane pomieszczenia. Wieczorem szukamy czegoś zjadliwego – międzynarodowa pizza [szkoda, że wierzchni kurczak w kawałkach miał kostki tu i tam]. Kupujemy 10 jajek na wyjebane jutrzejsze śniadanie (nie mamy patelni).
Kiszyniów – miasto wielkich, szarych gmachów, szerokich dróg i chodników i dziwnych wygelowanych ludzi. Jutro szukamy Kiszyniowa wg Kapuścińskiego (starego Kiszyniowa). Jemy cyrylicką czekoladę:)

15 września:
Śniadanie: jajecznica z 10 jaj nie nasyciła. W dodatku bez pieprzu, bo kochanek (w majtkach) babuszki nie zna pieprzu. Z apartamentu zabrałyśmy chyba wszystko, prócz czyichś paznokci z pluszowej różowej płachty. Nigdy się nie dowiemy czy Kiszyniów, który znalazłyśmy jest Kapuścińskiego. Zagościłyśmy w trolejbusie – funkcję wmuszacza biletowego pełniła babunia w papuciach. Bilety odrywane z ogromnej rolki, dzierżonej w babcinej dłoni. W trolejbusie była również dziwna elementówa z winogronami. Sto tysięcy tobołków i chyba zapomniała o jednym z nich (w zestawie: jajka, jakiś dziwny płyn i coś tam jeszcze), nie wiedzieć czemu zaczęłam podejrzewać, że jest to bomba. Sama sobie tak uwierzyłam, że nie usiadłam na siedzeniu (po niej pozostałym). Ale wszyscy wiemy – jak by co to i tak by nas rozerwało, niezależnie od tego czy stałam 1 m od bomby czy 10:D. Jeśli chodzi o atrakcje kiszyniowskie – ciekawym przeżyciem było przechodzenie przez ulicę – 3 pasy ruchu w jedną stronę – przejścia dla pieszych nie uświadczysz.


SEKCJA WIZUALNA:
Lalka spoczywająca przy piecu pani Jadzi:


Autobusowe domy:


Miłe komponenty suczawskiego targu (gdzieś tam obok dostała nam się darmowa papryka):


Powitalne atrakcje kiszyniowskie:


Kiszyniowska babuszka wyimaginowała przejście dla pieszych właśnie tu:


Zwierz dekoracyjny niewyposażony w dość ważną część ciała:


Pani:


Na deser mieszkanie kiszyniowskie w przekroju:




(tutaj należy wyrazić zadowolenie spowodowane brakiem zbliżenia na stolik)



[cdn]

2 comments:

Anonymous said...

nie doczytałem tu niczego o tych pchłach, co klawe ślady zostawiły ;]]]

m2 said...

że to pchła, zostało zdiagnozowane dopiero w szczecinie:]