Tuesday, October 7, 2008

Rumunia, odsłona 3 [z domieszką Mołdawii].

Słowniczek dla nieuczestniczących:
WINOGRONKA – niby zwyczajny łowoc, a jakże nas bawi. A to wszystko dzięki postaci czeskiego Tomaszka, którego nie poznacie prawdopodobnie. On je bardzo lubił.
SZKŁO I TAKIE TAM - wystąpiło już wcześniej. I to jest wykręt przed wszystkim generalnie, przed udzieleniem nam pomocy lub dostarczeniem rozrywek, przed wszystkim!

[makulatura bezwiednie sponsorowana przez Dom Polski w Suczawie]
13 września:
U Jadzi ciąg dalszy. Oczywiście musiałam zapierdalać w nocy do wychodka, a dziewczyny wygłaszały przemówienia przez sen.
Poranek – transport busem do Suczawy, w zamykanie drzwi bardzo zaangażowała się babuszka z powerem. Łomatko, jaka ta Suczawa nieapetyczna. Architektura zdominowana przez bloki z autobusowymi szybami z opływowym kształtem ciała. Obiad: wodo-ciorba w świecie mebli na trzeciej wersji trzeciego piętra centrum handlowego. Nie wiedziałyśmy, czy przysługiwało nam prawo do podjebania bułki (wykonałyśmy to). Wszędzie czaiły się infradźwięki.

Dom Polski w Suczawie to jedna wielka porażka (nawet krasnale nas tam nie przywitały, totalna pustka i niepozamykane biura:)) – widziałyśmy jak panowie robotnicy rozkładają scenę i zabrałyśmy karteluszki oraz Polonusy, miałyśmy też chętkę na podręczniki do nauki polskiego dla obcokrajowców ze zdjęciami sprzed 20 lat. No i było szkło i takie tam:) Zwiedziłyśmy targowisko z winogronami:) Bilans dzisiejszego dnia – 2 kukułki w plecy dla pań ekspedientek (które śmiały się z nas jak poprosiłyśmy o najtańsze wino i wraz z resztą dały cukiereczka). No nic tylko upić się przed telewizorem… W telewizji folklor a dziś jest dzień straży pożarnej.
Profilaktycznie włożyłyśmy w siebie po coldrexopodobnym produkcie, wszak nie wiadomo jak mogłoby się skończyć 5-godzinne bezcelowe chodzenie po zadeszczonej Suczawie. Jeśli chodzi o ATRAKCJE to zobaczyłyśmy jeszcze jeden monaster. 10 innych – odpuściłyśmy sobie. Szczerze mówiąc – niemrawo tutaj. Może dlatemu na jutro wymyśliła się Mołdawia (zamiast trasy Iași – Konstanca).

14 września:
Poranek – że niby chciałyśmy ukraść pilota z Villi. No akurat. Okazało się, że dworzec suczawski co dzień wygląda inaczej:]
Suczawa – Iași:
Vlak o wysokiej frekwencji, panowie i panie ze skarpetami przodującymi z zuzankowymi w rankingach UNESCO. Dominowała interesująca prasa – przerost obrazka nad słowem, dwudziestosześcioletnie dziewice itp.
Iași:
Słowo ciałem się stało i nieoczekiwany zwrot akcji został wcielony. Busik do Kiszyniowa (25 lei rum.) i w 3h jesteśmy na miejscu. Puste ulice, ale mimo to na drodze 1 wypadek. Nawet krew się polała komuś z noska. W Kiszyniowie na dworcu dwaj panowie tańcują w rytm lokalnych przebojów. Próbujemy skomunikować się z kimkolwiek umiejącym j. angielski. Ludzie uciekają, robią dziwne miny lub wydają nieartykułowane dźwięki. W końcu zaprowadzono nas na kwaterę prywatną (25 euro za 3 os.). Wspaniale wytapetowane i wydywanowane pomieszczenia. Wieczorem szukamy czegoś zjadliwego – międzynarodowa pizza [szkoda, że wierzchni kurczak w kawałkach miał kostki tu i tam]. Kupujemy 10 jajek na wyjebane jutrzejsze śniadanie (nie mamy patelni).
Kiszyniów – miasto wielkich, szarych gmachów, szerokich dróg i chodników i dziwnych wygelowanych ludzi. Jutro szukamy Kiszyniowa wg Kapuścińskiego (starego Kiszyniowa). Jemy cyrylicką czekoladę:)

15 września:
Śniadanie: jajecznica z 10 jaj nie nasyciła. W dodatku bez pieprzu, bo kochanek (w majtkach) babuszki nie zna pieprzu. Z apartamentu zabrałyśmy chyba wszystko, prócz czyichś paznokci z pluszowej różowej płachty. Nigdy się nie dowiemy czy Kiszyniów, który znalazłyśmy jest Kapuścińskiego. Zagościłyśmy w trolejbusie – funkcję wmuszacza biletowego pełniła babunia w papuciach. Bilety odrywane z ogromnej rolki, dzierżonej w babcinej dłoni. W trolejbusie była również dziwna elementówa z winogronami. Sto tysięcy tobołków i chyba zapomniała o jednym z nich (w zestawie: jajka, jakiś dziwny płyn i coś tam jeszcze), nie wiedzieć czemu zaczęłam podejrzewać, że jest to bomba. Sama sobie tak uwierzyłam, że nie usiadłam na siedzeniu (po niej pozostałym). Ale wszyscy wiemy – jak by co to i tak by nas rozerwało, niezależnie od tego czy stałam 1 m od bomby czy 10:D. Jeśli chodzi o atrakcje kiszyniowskie – ciekawym przeżyciem było przechodzenie przez ulicę – 3 pasy ruchu w jedną stronę – przejścia dla pieszych nie uświadczysz.


SEKCJA WIZUALNA:
Lalka spoczywająca przy piecu pani Jadzi:


Autobusowe domy:


Miłe komponenty suczawskiego targu (gdzieś tam obok dostała nam się darmowa papryka):


Powitalne atrakcje kiszyniowskie:


Kiszyniowska babuszka wyimaginowała przejście dla pieszych właśnie tu:


Zwierz dekoracyjny niewyposażony w dość ważną część ciała:


Pani:


Na deser mieszkanie kiszyniowskie w przekroju:




(tutaj należy wyrazić zadowolenie spowodowane brakiem zbliżenia na stolik)



[cdn]

Saturday, October 4, 2008

Rumunia, odsłona 2.


Słowniczek dla nieuczestniczących:
KROWIZM - no ja już nie pamiętam jak urodziłyśmy ten odłam religijny
MASZINA - samochód, po rumuńsku
FUNIA - w zasadzie dowolny egzemplarz psa

9 września:
Oradea – Cluj:
No normalnie wyobraźcie se, że to nie ta trasa! Jedziemy górą, a bilet mamy na dół. Brak konsekwencji finansowych jednak – klawy konduktor (1 krówka, 1 kukułka). Na trasie handel obwoźny – na siedzeniu zainstalowały się: zestaw krawiecki, gadżety maryjne, mazaki. Piramida wykończona przez nas krówką została zwrócona do nadawcy.
Chciałam pochwalić M.N. jeszcze, że jako jedyna dała radę rano i wyrobiła się na ustaloną godzinę wyjścia. Ja miałam 6 min. opóźnienia, a Zuzu 13 min. Zawsze to lepszy wynik niż opóźnienie pociągu Budapeszt-Arad (ok. 3h). Jeśli chodzi o sprawy ściśle techniczne – nastąpił podział obowiązków porannych. Wyróżnione kasty: Herbatnik, Smarowacz (Smalec), Krajalnica.
Cluj:
Kolejny przyjaciel: Marcel muzykant. Spędza z nami popołudnie, pokazuje operę (miejsce pracy) od kuchni i częstuje mottem „karaluch jest czystszy niż dziwka”. Nie jest w dobrych stosunkach z żoną i wobec tego nie ma stałego adresu, na który chcemy mu wysłać 4 pancernych i psa, których tak lubi. Znalazł nam hostel, w tym celu (prócz dzwonienia komórką własną) zaprzęgając zaprzęg dziesięciu osób informujących (i 1 osobę fotografującą).
Po konsumpcji wina na wzgórzu, skąd widać cały Cluj i byznesmenów kąpiących się w basenie hotelu Belvedere, wróciłyśmy do hostelu i śpiewałyśmy do kotleta stare przeboje takich znakomitości jak Rysiu Rynkowski (ale on nie śpiewa o seksu!), a także patriotyczne przeboje o lampasach (podobno im więcej tym lepiej). Były także motywy serialowe – pomny wielu klęsk, oraz sępy miłości:)

10 września, Cluj:
Śpimy do oporu, czyli do ok. 9. Włóczymy się po mieście wydając kasę na gorące czekolady (5-6 RON) i ciasteczka oszczędnościowe ze sztuczną wisienką (3 RON) – fragmenty jabłoni w nich chyba też z plastiku. Na obiad ziemniaki. Zuza zaopatrzyła się w socjalistyczne rozmówki polsko-rumuńskie, teraz już wiemy jak zapytać się pani czy ma radio tranzystorowe. W pokoju pomieszkuje z nami pan gorszący i obrzydzający nas swoją osobą. O tym napisze już ktoś inny:P
Współlokator wyposażony hojnie w tipi i w rów. Skrajne zdegustowanie budzi. + Chrapanie stanowiące finezyjną mieszankę dźwięku bąka i karabinu maszynowego.
Trzeba dodać, że współlokator ten był z pochodzenia Peruwiańczykiem:) [informacja (klasycznie) niezweryfikowana i oparta w pełni na indiańskim owłosieniu głowy] Na szczęście potem nastąpiła zamiana na przystojnego Anglika. Hostel przyjemny, ale nabiera się w nim złych nawyków (patrz: komentarz Fickovej). Drugiego dnia zagadał do nas (oczywiście po rosyjsku już któryś raz z kolei) pan pijący z wnuczkiem „coca-colę”, którą nas poczęstowali za to, że jesteśmy krasne:) Rozochocony powiedział, że skoczy po wino do alimentary, ale odmówiłyśmy. Wręczył mi pęk około 20 kluczy, którymi miałam odpalić ichnie auto, żebyśmy sobie chyba wszyscy pojechali na jaką ekskursyję.

11 września:
Cluj – Gura Humorului:
Konduktor zaatakowany komunistycznymi rozmówkami polsko-rumuńskimi. Zapytany został o umiejętność jazdy na nartach (odp.: troszkę) oraz jak długo będzie trzymać trwała ondulacja (odp.: pociąg w Iaşi o godz. piątej). Następnie intensywną gestykulacją konwersował z nami o wyeksponowanych w przedziale schnących majtkach. Dwaj zadresieni (z którymi wpierw złapałyśmy kontakt śpiewalniczy poprzez ścianę dzielącą kompartimenty) przyszli i zapytali nas o religię w Polsce. Niestety nie odpowiedziałyśmy, że krowizm, bo powstał on nieco później. W kwestii religijnej jeszcze: na dworcu w Cluj rano babuszka zaprosiła nas do sekty Lucyfera.
Gura Humorului:
Odmówiono nam w restauracji gorącej wody. Dziewczyny poszły na jej poszukiwanie. Udało się. Zobaczyłyśmy monaster humoruluiski. Wracałyśmy furmankostopami, doszło prawie do czołowego zderzenia koń-maszina. Przeżyliśmy.
Kaczyka:
Docieramy na stopa. Dom Polski, w którym to odsłuchujemy wywodów Króla Majtek, dowiadując się, że jeszcze całe życie przed nami. Klawo. Inne złote rady to: nie upierdolić całej rodziny w długach po trzecie pokolenie, a na górce gdzieś można pierdolnąć kilka wyciągów. Takie byznesy polskie.

12 września:
Zwiedzałyśmy kopalnię soli, w której śmierdziało ropą i było schizowo – dzieci grające na wielkim boisku w kopalni i babuszki pilnujące ich na ławeczkach, a nawet jedno dziecko na plastikowym rowerku:)
Funia cały czas na nas czekała i zgubiła się dopiero przed Nowym Sołońcem, do którego dotarłyśmy 2 furmankostopami i 1 traktorostopem. Bilans – 4 kukułki w plecy.
Nowy Sołoniec:
W Nowym Sołońcu nie spotkałyśmy nikogo w domu polskim (jest w remoncie). Spotkałyśmy tylko krasnale na podwórku wypaśnego domu cioci:) Ksiądz też nie chciał zaoferować nam noclegu, bo wiadomo, szkło i takie tam:) Dopiero babuszka zaprowadziła nas do jednej pani, do której przyjeżdżała jednak rodzina, wobec czego pani odesłała nas do pani Jadzi.


SEKCJA WIZUALNA:

Klasyczna piramidka handlarska:


Marcel:


Zakamarki opery:


Operowy stróż (dierżący już zestaw zwierząt domowych krówka+kukułka):


Przegląd autochtonów klużańskich:





Kąpiel:]


Huśtawka, która nas spotkała w Cluj zamiast zamku-widma:


Transport furmankostopem:


Każdej szanującej się babci rumuńskiej zawsze towarzyszy Tedi:


Polskość w Domu Polskim w Kaczyce:


Funia kroczy z nami przez wioski:


Traktorostopem (generatorem od-podskokowej boleści w pupach):


Nowosołonieccy panowie:



i chata:


i kot i dziecko pewnie też:



[cdn]

Rumunia, odsłona 1.

Zdarza się, że słowo staje się ciałem. Na przykład RUMUNIA. Przez pewną ilość miesięcy gościła w magdzinych przestrzeniach międzyzębowych, a dziś już do przeszłości należy nasza prawie 3-tygodniowa bytność w tym kraju. Nie będziemy chamskie, podzielimy się skrzętnie spisywanymi wrażeniami. Pewnie nie będzie dla czytelników zaskoczeniem ich forma i treść - jakże mętna i nieprzydatna dla osób potencjalnie zainteresowanych. Zapraszamy.

Rumunię przemierzył trzyosobowy skład sfeminizowany (100% cukru w cukrze). Każdej osobie przypiszemy odrębny kolor wspomnieniowy, coby podkreślić indywidualne odczucia.

zuzu [furmanova]
ojacieniemoge [fickova, magda f]
ejmadziu [magda n]

I tu jeszcze jeden ukłon z naszej strony: stopień niezrozumienia u odbiorców zostanie nieco zmniejszony, poprzez pojawienie się przed każdą częścią elementów eksplanacyjnych.

Słowniczek dla nieuczestniczących:
INFRADŹWIĘKOWCY - teoria głosi, że krążą po pociągach rozpylając korbkami infradźwięki, powodujące gwałtowne ataki senności oraz, w skrajnych przypadkach, śmierci
MESZKA - słowackie meshka = opóźnienie
OCIELIĆ SIĘ - wydobyć na światło dzienne pożądany element zawartości plecaka, zwł. po wielu trudach, wymagających zanurzenia ręki do wysokości ramienia
CZŁOWIEK W TUBCE - występuje, gdy parasol ma grubą i prostą rączkę-trzymaczkę, i gdy leży pod fotelami zwłaszcza
URSUS - renomowana marka piwa:] szukajcie w butelkach z niedźwiedziem!
KUKARACZA - karaluch, który się nie zjawił nigdzie, mimo radosnego oczekiwania
OSTR - czynnik uniemożliwiający czytanie, tzn. czyta się wówczas, ale w miejscu
LOGODNIK - narzeczony


7 września:
Żywiec - Čadca:
- Kible wyposażone w ładne, obrazowe rysunki techniczne.
Čadca - Żilina:
- rozdano 1 krówkę i 1 kukułkę (mimo, iż pani w kasie nie była zdenerwowana, oprócz jednego sapnięcia - HOJNOŚĆ)
- nóż - postrach dla infradźwiękowców! (straszak)
- koszulka wyschła już w Čadcy!
- Zuzie dostało się jabłko bez koleżków, ja miałam jednego martwego, Magda sprawdzić nie chciała
- Jedziemy przez Ukrainę:) [nie jest to zgodne z rzeczywistością, ale może kiedyś ktoś wyjaśni czytelnikowi ten niecny żart]
- w kiblu można wyrzucać śmieci, żeby się przejść
Puchov:
- Puchovski przyjaciel stacjonujący na dworcu - miłośnik gór i przyrody - uraczył nas słowotokiem bezzębnym i posmyrał mi Smenę /odmówił konsumpcji krówki ze względu na brak przedniego uzębienia/
- kolega Puchovskiego zostawił mi skarpetki z Lidla [prowokacja], ale nie przyjęłam darowizny
Puchov - Bratysława:
- Zuzy nie budzi trzykrotny flesz, a kiełbacha Magdy ma się dobrze (Ça va bien, merci)
Bratysława - Budapeszt:
- Eurocity po raz pierwszy w mym życiu, i co z tego?:P
- Vlak-aeroplan, a mi się odbija langoszem i nie jestem jedyna z tym defektem
- u mnie sytuacja podobna jak u Magdy, ponadto nic nie widzę przez okno co zmusza mnie do czytania niemieckiej gazety -> uwłaczające
- Halo! jest taka sytuacja, że pod fotelem leży CZŁOWIEK W TUBCE! Proszę coś z tym zrobić!

8 września:
- 0:40: ciopąg, którym niby mamy jechać do Aradu nie chce się zjawić. 10, 40, 100 minut opóźnienia. Spędzamy romantyczną noc na budapeszteńsk ODEBRANO MI GŁOS!!! [ostatnie 3 słowa wyrzeźbione w kartce]
Budapeszt - Arad:
- Zanim vlak nas zabrał, byłyśmy zmuszone dogłębnie nacieszyć się dworcem Keleti (meszki przyleciały i zrobiły 3h) i burzą klawą. Kręciła się wokół odmiana infradźwiękowców (asortyment - wędka, wąż). Przed Aradem Zuza zapragnęła zmienić garderobę i niechcący się ocieliła (potem odgapiła się w ocielaniu współpasażerka). Okazało się, że licho materializuje się pod postacią chomika Puchovskiego.
- Zjadłyśmy kruszonkę w ekskluzywnym pomieszczeniu z motywami mitologicznymi na dworcu. Potem dupy nam odpadały od czekania na pociąg - wszystko przez meszki! Ale warto było czekać dla rumuńskiego rapu we fiacie z nowymi znajomymi.
- Jako że ciopąg do Oradei zwiał nam sprzed trzech sztuk nosów, a następny zaanonsowano dopiero na ok. 14.00 (z 6h czekania) postanowiłyśmy iść w miasto (wcześniej konsumpcja i rozmowa z Rumunką, której zmarł syn). Nasz zachwyt miastem zakończyłyśmy Ursusem w pięknym stylu! Poszukując parku i ławeczki, znalazłyśmy domek artysty-sportowca-butologa. Nastąpiła słowna integracja z latoroślami, zwieńczona wymianą - nie koszulek - lecz adresów. Impreza w aucie gratis! Klawo.
Oradea:
- Iuliana z neseserkiem zaprowadziła nas w deszczu pod sam hostel (krówkę i kuku przekaże córce). Hostel Felix - towarzystwo robotnicze; pasztet party w kantynie; smutny recepcjonista; luksusowy pokój; brak kukaraczy. Wbrew zapewnieniom smutnego - gorąca woda. Gwałtowne uśnięcie przy czytance.
- Jako że OSTR nie przyszedł, czytałam bardzo wytrwale o monasterze w Bukovinie. Jednak po ujrzeniu dwóch nieboszczyków na sąsiednim łóżku (prawie że małżeńskim), zrezygnowałam z dalszej czytanki.


SEKCJA WIZUALNA:

Testowanie ponczo, zwanego panczem tudzież sanczo-panczo:


Puchovski wygłasza mądrości:


A teraz po węgiersku:


Kolacja na dworcu Keleti - jak widać kiełbasa nie wzbudza radości:


Drobny dilej:


Harda babuszka w Aradzie:


Śniadanie, którym podzieliłyśmy się z Rumunką:


Zakróliczone podwórko:


Ralisa z logodnikiem swym, czyli ofiary naszego zbłąkania się z Ursusem:


Tajemnicze pasztet party w Oradei:



[cdn]

Saturday, August 30, 2008

magdaleny audiowizualne

Krótka historia o tym, jak to stałyśmy się na chwilę medialne.

Magdalena Fi musiała się zzachodniopomorszczyć z okazji festiwalu stworzonego przez człowieka, który w naszych prywatnych konwersacjach pojawia się pod tajemniczym kryptonimem Węgierska Górka.

Festiwal trwał i trwał i trwał.

Aż tu nagle gazetowi reporterzy dokonali kręcenia się po trawie celem wyłapania elokwentnych i, przeanalizowawszy dwudziestoosobowe morze potencjalnych, stwierdzili, że tak! to właśnie one!
po czym natknęli się na mur magdalenkowej kontestacji. Nacechowani jednak zawodową nieugiętością wystosowali do nas serię próśb i błagań, a Magdalena eN przypomniała sobie o quasi-rodzinnych więzach z tą właśnie, a nie inną gazetą. I stało się.

TO SŁOWO zwiększyło gwałtownie zasięg rażenia.



No to się obnażyłyśmy. Smacznego.

[ejmadziu]

Friday, August 29, 2008

Trąbki, 24/08/08

Trąbki w gminie Marianowo już dawno podpadły nam swoją niedoszlifowaną nazwą. Przecież oczywiste jest, że wszystkie trąbki są nienaruszalną własnością Eustachiusza, o czym można się dowiedzieć chociażby tu. Dlatego nie można tolerować takich przeoczeń.
Ponownie musiałyśmy zorganizować wyprawę nomenkla(wo)turową.

Chochliki czają się wszędzie i zacierają ręce. Proszę sobie wyobrazić konsternację, jaka nas ogarnęła po skonstatowaniu bolesnej nieobecności litery C wśród nas. No wzięło i znikło! Wydałyśmy na wdechu dźwięk stanowiący mieszankę aaaa i yyyy, a może nawet eeee.


Magda Fi jednak jest zazwyczaj wyposażona w narzędzia.


Misja zakończona sukcesem.



Nadal jednak ci, co wjeżdżali do Trąbek Eustachiusza wyjeżdżali z Trąbek, i odwrotnie. Druga końcówka zatem także doczekała się przechrzczenia.

A we wiosce odnalazłyśmy ozdoby wielkanocne (2 godziny później stworzenie nie dysponowało już żadnym uchem)


a także kolejny zabieg marketingowy (na potrzeby chwili okraszony nutką dramaturgii).


Imprezy w dobrym stylu.



[ejmadziu]

Friday, July 11, 2008

kadra

Poświęciłyśmy już raz uwagę sztuce marketingu. Dziś ponowimy tę czynność. Tym razem bohaterem stała się witryna w Gdańsku, zamieszkana przez borsuka i towarzysza* obsługujących kasy fiskalne i urządzenia biurowe.



W trakcie zetknięcia z tą instalacją, "ke?" na naszych twarzach odnotowało apogeum, a do dłoni popłynął sygnał aparatochwytny. Podziwiajmy, uczmy się, zwierzęta domowe bowiem dają radę.

*nie mogę zidentyfikować. biologię miałam ostatnio pięć lat temu, z pijaną panią R., która rzucała ładnymi jabłkami

[ejmadziu]

Thursday, July 10, 2008

bo Słonik się pyta czy dzieci były grzeczne.

Znowu się spotkałyśmy. Prowokatorem tym razem był Opener. Czuję, że to znaczące wydarzenie powinno być odnotowane na wirtualnych kartach naszego bloga.

Oczywiśnie ilustracje ponownie wykonane pstrykiem ejmadzinym. Na mnie nie ma co liczyć (tak jak na moją smenę) albo nie wywołam albo nie zeskanuję albo brzydka pogoda.

Krótko:

-Ołpener dał nam możliwość odnalezienia się w nowej- dotąd nieznanej- roli przemytników. Co prawda rac i petard nie wnosiłyśmy na terytorium strefy zero (choć plany były) ale w torbach pojawiły się zakazane kanapki, a w bucie nawet najwspanialszy scyzoryk rodem z ZSRR, którego to korkociąg zrobił mały kuj kuj kuj w stopę.



-Dzięki Ołpenerowi mogłyśmy nie stać w kolejce stumetrowej do zimnej wody cieknącej- bo chyba nie lejącej się?- z prysznica, o godzinie 11.

-Chwała Ci także za to że pozwoliłeś nam wykreować postać Słonika, którego to wzywałyśmy chlipiąc i prosząc o litość dla nosków wrażliwych naszych.
-Niektórzy uczestnicy wycieczki narzekali również na skandaliczne zachowanie bębniarzy oraz Antarktydę wewnątrznamiotową.

I chyba nie uwierzycie jak powiem: „klawe koncerty i basy, że aż miło gilgotało w brzuchu.”
Mogę nawet użyć intonacji: „klawe koncerty i basy, że aż miło gilgotało w brzuchu!!!"
Bez przesady, nie będę się podniecać: „klawe koncerty i basy, że aż miło gilgotało w brzuchu.”

Z mojej strony chciałam też podziękować:
pięciu dobroczyńcom z trasy Żywiec- Gdańsk
autochtonom z Gdyni
kontrolerom SKM
wesołej i troskliwej grupie warszawsko- gdańskiej

pozdrawiam wszystkie zwierzęta domowe (żuraw, Słonik i flondra)

[ojacieniemoge]


Jako niektóry uczestnik, z sensytywnym uchem i zniszczoną termoregulacją, pozwolę sobie zająć kawałek cyberprzestrzeni w temacie.

Grzechem byłoby nie pochwalić Magdy Fi za dość szczególne zdolności akrobatyczne (szukam dolnokończynowego odpowiednika przymiotnika "manualne" i go nie znajduję), a mianowicie otwieranie butelki sophii niewinnymi a chwytnymi stopami w rozmiarze 35 (oficjalnie dla mediów - 36).



Miękkie nastrojowe światło zagwarantował nasz domek, którego stabilność śmiało można porównać z domkiem z kart. Tutaj proszę poświęcić chwilę na aplauz dla Magdalen wykonujących odwierty szpilkami (namiotowymi!) w klepisku o godzinie 23. (proszę to sobie zwizualizować i klaskać):
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Ok, starczy.


Pozostając w temacie, prezentuję smażeny syr:


(niedomyte i okraszone ździebkiem - pewnie Günter importował zboże)


Słonik złamał mi serce, pozostając indyferentnym wobec "Słoniiiiiku, przyjdź".

[ejmadziu]